Nie wiem za bardzo jak zacząć, mam dziwny "problem" (mi to w niczym nie przeszkadza, ale wszystkim dookoła...)\
Z początku napisze że nie bardzo odczuwam większość emocji, lub czuje coś, tylko nie wiem co i często nie wiem jak się powinienem zachować. W każdym moim związku nigdy nie czułem tej miłości, czy zauroczenia, czy nawet potrzeby bycia z tym kimś czy tęsknoty... Po prostu udawałem, żeby nie skrzywdzić. I ogólnie jestem po 2 nieudanych związkach, oba skończyły się tak samo, przezemnie. Problem w tym że rodzina w koło powtarza że musze sobie kogoś znaleźć, babcia powtarza że musze się śpieszyć bo ona chce na moim ślubie być, gdzie ja nawet jeśli to zgodziłbym się tylko na ślub cywilny bo w boga nie wierze, w każdym razie chciałbym kogoś znaleźć, dla świętego spokoju. Rzecz w tym że jak już znajde to mi po 1. nie wychodzą mi totalnie relacje z nią, nie jestem nieśmiały, nie mam problemu zwykłej rozmowy z nimi, ale gdy przychodzi do takiej głębszej rozmowy, gdzie ludzie rozmawiają o sobie, swoich przeżyciach itp. Mnie ogarnia pustka, nie mam co powiedzieć, nie wiem jak się zachować po 2. Ja sam nie odczuwam potrzeby bycia z kimś, posiadania kogoś kto cie wspiera, drugiej połówki, kogoś kto da powód do życia (dużo o tym czytałem) nie mam nawet popędu seksualnego, nie mam też jakiegoś zajęcia na całe życie, czy własnego powołania, po prostu istnieje, jedyne co robię to pracuję żeby mieć co jeść, nie mam też żadnych przyjaciół (znajomych za to od cholery, ale z nikim nie ma na piwo wyjść itp.) Mam jedynie kumpla z którym na rowerze jeżdze. Pytanie, czy to ma podłoże psychiczne? Czy to źle? Jak powinienem żyć? Robić coś z tym czy po prostu żyć? Sam nie wiem, dlatego pytam