Witam.
Piszę z dość nietypowym dla mnie problemem. Zacznę od samego początku, aby nie siać zbędnie fermentu.
Jakieś trzy lata temu w okolicach majówki bardzo spuchła mi twarz. A w zasadzie spuchła mi jedynie lewa część twarzy. Zaczęło się od szczęki promieniując aż pod oko. Wylądowałam na dyżurze w szpitalu, lekarka obejrzała, nie potrafiła powiedzieć co to jest, dała jakieś leki i spoko. I w sumie opuchlizna [ból nie występował w ogóle, mogłam normalnie myć zęby i dotykać się po policzku] zeszła. Wszyscy zgoniliśmy to na wynik jakiegoś może pylenia krzaczków, krzewów i drzew i tyle.
Gdzieś tam wydawało mi się, że lewą stronę szczęki [samej żuchwy] mam odrobinę większą, ale ręką nic nie wyczuwałam.
Minął jakoś rok i w sumie zaczęłam wyczuwać pod ręką, że ta żuchwa faktycznie wydaje się pogrubiona. Bywam przewrażliwiona na punkcie swojego zdrowia, więc skoro nie bolało w żaden sposób to olałam temat zupełnie.
Od kilkunastu tygodni wyczuwam na samej kości żuchwy [nie wiem jak lepiej określić to miejsce] coraz większe zgrubienie / guza. Ciągnie się prawie od brody do wysokości zewnętrznego kącika oka. Jakikolwiek dotyk zaczął sprawiać ból. To samo jest przy jedzeniu twardych rzeczy. Na policzku nic się nie dzieje, zęby mnie nie bolą, dziąsła mnie nie bolą. Boli mnie tylko typowo kość żuchwy o ile jest to poprawne określenie.
I tu pojawia się moje pytanie. Czy powinnam w ogóle iść do lekarza, czy może to być faktycznie efekt jakiegoś uczulenia / podrażnienia? Sama nie wiem co o tym myśleć. Pojawiła się lekka asymetria twarzy, a pod ręką bruzda na żuchwie jest bardzo mocno wyczuwalna, ale przez to, że nie wiem, co może być tego przyczyną nie wiem, czy lecieć z paniką do lekarza.
Będę wdzięczna za ewentualnie sprowadzenie mnie na ziemię, że nie mam co panikować lub zasadzenie mi kopa w tyłek, żebym w końcu poszła do doktora.