Witam, 11 września (piątek) obudziłem się rano z przytkanym lewym uchem oraz z charakterystycznym szumem w uchu. Kolejnego dnia przeszło mi na drugie ucho... Nic mnie nie bolało. Wziąłem krople do uszu które miałem w domu i pojechałem do laryngologa w poniedziałek.
Pani doktor zbadała mnie... tak dość powierzchownie bym powiedział. Stwierdziła że mam zapalenie, poszedłem na badanie słuchu (jakieś fale), spojrzała na nie i nie powiedziała nic (tak więc raczej było wszystko w porządku). Brałem wtedy atecortin, dicortineff, jakieś psiki do nosa i to chyba wszystko.
Po tygodniu nie odczuwałem żadnej poprawy więc postanowiłem zmienić lekarza. Stwerdził on że mam nieżyt zatok oraz trąbki słuchowej z podrażnieniem ucha środkowego. Przepisał mi encorton, witaminę b1, calcium i dicortineff.
W przeciągu najbliższych 2 tygodni trąbka się odblokowała, a zatoki zostały wyleczone.
Leki brałem dalej (tak zalecił lekarz).
Obecnie minęło 1,5 miesiąca od całego zajścia a mi nadal szumi w uszach. Zdaniem laryngologa - mój nerw słuchowy został "wybity" z rytmu i odczuwam patologiczne dźwięki. Mój kolega po niestosowaniu słuchawek ochronnych na strzelnicy leczył szum 2 miesiące.
Martwi mnie to, ponieważ muzyka i słuch to całe moje życie - nie mogę się skoncentrować ( choć przyzwyczaiłem się w miarę do tego).. strasznie mi to utrudnia funkcjonowanie.
Stąd moje pytanie - jak długo może trwać regeneracja takiego schorzenia? Czy to jest w ogóle uleczalne? Czy będzie mi piszczeć już do końca życia?
proszę o odpowiedź, z góry bardzo za nią dziękuję.