Spuchł mi policzek. Czułam lekki ból. Po zejściu opuchlizny udałam się do stomatologa. Lekarz bardzo ubolewał nad moim stanem, stwierdzając, że ból musiał być duży, bo dziąsło jest w stanie zapalnym. Ząb do usunięcia. Opracował plan zabiegów, zlecił badania krwi, ponieważ zabieg miał się odbyć z "wyłączeniem świadomości" czyli pod sedacją. Badania krwi wskazywały na stan zapalny. Zrobiłam również pantomogram. Sugerowałam, że usunięcia zęba w stanie zapalnym może być bardzo bolesne i z tego, co wiem, najpierw powinnam brać antybiotyk. Lekarz powiedział: "może i tak", zagadał mnie na temat dalszego leczenia i umówił na wizytę.
Kilka dni później, zostałam poddana sedacji, Kilka zębów było do plombowania, trzy do usunięcia. Sedacja była podana dożylnie, podczas borowania spałam, przy wypełnianiu odzyskałam świadomość. Jedne ząb został usunięty i nie czułam bólu. Gdy przyszło do wyrwania drugiego zęba (tego z wcześneijszą opuchlizną) wiłam się z bólu, poproszono drugiego stomatologa, ale on też nie dał rady zęba usunąć. Od momentu poczucia pierwszego bólu do opuszczenia gabinetu minęła ok. godzina. Miałam pełną świadomość tego, co się dzieje. Lekarz twierdził, że podał ketonal dożylnie i znieczulenie miejscowe, więc pewnie panikuję, a faktycznie nic mnie nie boli. Płakałam z bólu i wierzgałam nogami, w końcu przestali. Przed wyjściem z gabinetu lekarz przepisał mi antybiotyk, twierdząc, że jest stan zapalny i dlatego nie działa znieczulenie. Moje pytanie, czy działania dentysty były zgodne ze sztuką lekarską? Czy powinien narażać mnie na takie cierpienie, mając do wglądu badania? Teraz twierdzi, że żadnego stanu zapalnego nie było (po co zatem przepisał antybiotyk?!) oraz poleca mi zabieg w pełnej narkozie, skoro tak bardzo się boję.....