Witam,
Półtora roku spotykałam się z pewnym mężczyzną. To była szalona miłość niestety w pracy... Kiedy się poznaliśmy On miał właśnie ustaloną datę ślubu, o czym nie wiedziałam. Dowiedziałam się po pierwszej randce... ale już było za późno. Oboje się zakochaliśmy. On wziął ślub, ja rozwód. Miał to jakoś "załatwić", ale jakoś nie potrafił podjąć decyzji i oczywiście strasznie kłóciliśmy się o to. W grudniu zeszłego roku poszłam do szpitala i miesiąc nie było mnie w pracy. Kilka dni po wyjściu ze szpitala pokłóciliśmy się, że znowu nie może do mnie przyjechać, bo rodzina, praca itd. I wtedy stwierdził, ze tak dalej być nie może i że jak wrócę to zobaczymy jak będzie. Zerwał ze mną w przedziwny sposób, w ogóle nie chciał ze mną rozmawiać, nie potrafił wytłumaczyć o co mu chodzi, w końcu udało mi się od niego wyciągnąć, że On nie potrafi zostawić dziecka, a jeśli by je dla mnie zostawił to prędzej czy później zacząłby mnie o to obwiniać.
Minęło pół roku, teraz zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i układ jest taki, że rozmawiamy i odbudowujemy relacje i być może uda się z tego coś więcej. Jak się okazało w międzyczasie: w lutym złożył pozew rozwodowy, w marcu się wyprowadził do matki, dwa tygodnie temu wynajął sam mieszkanie. Przez ten cały okres nie chciał w ogóle ze mną rozmawiać, zachowywał się w pracy jak dzikus, to było naprawdę koszmarne pół roku w moim życiu. Twierdził, że odcina się ode mnie, żebym o nim zapomniała i żeby mnie nie ranić. Nie potrafiłam do niego dotrzeć, tłumaczyłam, ze właśnie tym, ze w ogóle nie chce ze mną rozmawiać rani mnie najbardziej, bo po pierwsze w ogóle nie rozumiałam co się nagle stało z dnia na dzień, a dwa, ze patrzyła na to cała fabryka... - i komentowała. W pracy też w tym czasie przygruchał sobie następną "przyjaciółkę" i wiecznie ich widziałam razem - oczywiście okazało się, że zaczęli się spotykać. Spotkali się kilka razy i przestali. Cały czas próbuję zrozumieć jego zachowanie: starał się zająć myśli kimś innym, żeby nie myśleć o mnie czy mu nie wyszła z tamtą i dlatego "wrócił" do mnie...
O sobie mówi, że jest "popier...", że jest złym człowiekiem, bo rani ludzi, że zawsze podejmuje złe decyzje, że nic mu nie wychodzi. Teraz odroczono mu sprawę rozwodową - sąd dał im czas na ratowanie związku. Znów się przeciągnie to o 5 mies. Jest zrezygnowany, przestało mu zależeć na wszystkim. Mówi, że na niczym mu już nie zależy, że nie wie czy chce z kimś być, że jest mu obojętne co będzie się z nim działo. A prawda jest taka, że jest człowiekiem najbardziej wyzutym z egoizmu, jest pracowity, troskliwy, odpowiedzialny, wszystkim chce dogodzić, wszystko załatwia. Mówi też, że nie chce mi robić złudnych nadziei, że nie wie jak będzie, nie wie czy będzie potrafił wybaczyć sobie, że tak mnie zranił, że sam nie rozumie dlaczego tak postąpił, boi się tez próbować drugi raz, bo jego małżeństwo też się zakończyło po takich powrotach a jakby zakończył od razu to jego życie by teraz inaczej by wyglądało i nie chce powielać błędów. Nie wie, w którą stronę chce iść...
Nie wiem jak mam z nim rozmawiać, jak go przekonać, że jest dobry i że zasługuje na szczęście. Jedyne co ugrałam to przekonałam go do pójścia do psychologa, ale pierwsza wizyta coś nie poszła, teraz ma iść do kogoś innego, ale czy to pomoże? Psycholog będzie wiedział tyle ile On mu powie, a ja go znam... ale nie rozumiem Jego pokrętnego myślenia . Naprawdę nie wiem jak z nim rozmawiać, żeby nie naciskać za bardzo, nie jawnie go przekonywać, że będzie dobrze, tylko żeby jakoś subtelnie przekonać, żeby się postarał, że może być cudownie itd. A może nic nie mogę zrobić a tylko potrzebuje czasu? Może ma depresję? Funkcjonuje niby normalnie, ale ten jego brak chęci do życia i dążenia do czegokolwiek jest przerażający. Odciął się teraz od wszystkich ludzi i rozmawia tylko z jednym kumplem i je na przerwie. No i jeszcze ze mną rozmawia. Poza tym z nikim - a przynajmniej tak twierdzi. Jak mam z nim rozmawiać i jak postępować?

Będę wdzięczna za jakąś sensowną radę.