Witam!
mam pytanie : Czy ropień może być powikłaniem poalkoholowej marskości wątroby?!

Niestety nie mam dokumentów żeby przepisac wyniki badań,ponieważ cała dokumentacja z historią choroby została w szpitalu gdzie obecnie przebywa pacjent o którym mowa. Opowiem tylko poktórce. Mój brat (38lat) kiedyś nadużwał alkoholu (butelka wódki z kolegą po pracy - 2-3 razy w tygodniu, czasem tygodnie były bezalkoholowe z powodu braku funduszy na ten żałosny cel). W sierpniu ubiegłego roku zaczął wymiotować fusowatą treścią pogotowie zawiozło go do szpitala, tam stwierdzono cukrzycę (cukier wynosił ponad 700), krwawiące wrzody żołądka i dwunastnicy oraz początkującą marskość wątroby, bez zylaków przełyku. Od tego czasu nie tknął ani kropli akoholu, brał leki, odwiedzał lekarza i powoli dochodził do siebie. W listopadzie ubiegłego roku przeszedł operacją polegająca na zespoleniu żołądkowo-jelitowym z powodu zrostów dwunastnicy i zamknięcia światła. Strasznie schudł na skutek uporczywych wymiotów i odwodnienia. Po oepracji doszły hemoridy, ale dochodził do siebie. Zmienił pracę, brał leki, insulinę, przestrzegał diety i wszytsko wracało do normy. Aż pewnego dnia we wrześniu tego roku wrócił do domu i mi opowiada, że w pracy było mu strasznie zimno i miał okropne drgawki, wieczorem znów zaczęły się drgawki, temperatura wynosiła 40 st. Zbijałam ją lekiem eferalgan z domowej apteczki, ale gorączki i dreszcze ustepowały na kilka godz. i pojawiały sie ponownie, wezwałam lekarkę (naszą rejonową do domu na prywatną wizytę), stwierdziła, ze teraz panuje grypa jelitowa i kieruje go do szpitala na odział zakaźny, tam został przebadany na wirusy - nawet hiv- i pani doktor stwierdziła ze w ogóle nie rozumie na jakiej podstawie został skierowany na oddział zakaźny bo przede wszystkim nie ma objawów grypy jeliotwej, nie ma biegunki, nie ma wymiotów wirusowo jest czysty, a badanie usg wykazało (skompensowaną marskośc wątroby) Pani dr wytłumaczła to tak, że wątroba slicznie się zregenerowała i są tylko pojedyncze ogniska stłuszczenia i ze za jakiś rok powinno byc już o.k. z wątrobą. Jedyne co ją martwi to niska hemoglobina ale z tym nie jest już w stanie nam pomóc, bo takimi rzeczami zajmuje się odział wewnętrzny. Wyszliśmy do domu. Po 3 dniach z wypisem wezwałam lekarkę (naszą rejonową) bo brat słabł, nie miał apetytu i wróciły wyskoie goraczki z dreszczami... Gdy lekarka rejonowa zobaczyła wypis i wynik poziomu hemoglobiny, oraz usłyszała o nawrotach gorączek to natychmiast skierowała go na odział wewnętrzny. Pojechaliśmy, został przyjęty, podano mu krew i zrobiono wyniki. Na drugi dzien rozmawiałam z ordynatorem i wypytywał mnie czy brat pracuje przy jakiś chemikaliach, czy w domu nie ma remontu i nie są uzywane jakieś silne środki chemiczne, czy jadł jakieś niewiadomego pochodzenia dania z grzybami itp itd. Na wszystkie pytania odpowiedziałam przecząco, na co pan ordynator stwierdział że "musi go w takim razie coś trawić od środka" po czym zszedł na ziemię i wyjaśnij że ma na mysli nowotwór z przerzutami do wątroby bo nie innego wytłumaczenia na tak szybki "rozpad" wątroby w tak krótkim czasie ( 3 dni od wyjscia z zakaźnego oddziału i 4 dni od momentu wykonania ostaniego USG na oddziale zakaźnym). Zlecił tomografię komuterową pod wzgledem nowotworowym ( bardzo wysoki poziom leukocytów) i inne badania, badanie TK ani nie potwierdziło ani nie zaprzeczyło podejrzenia nowotworu. pan Ordynator powiedział mi, że sa widoczne zmiany i to duże, ale nie wie co to jest i ze nie ma jednego konkretnego badania które by to potwierdziło, mógłby wykonać biospję ale nic mu to nie da bo gdyby sie potwierdziło ze to jednak nowotwór to mój brat nie nadaje sie juz do leczenia. I nie ma sensu go męczyc i stresować. Wyszliśmy do domu. Po paru dniach gorączki znów wróciły, umówiłam sie na prywatną wizytę gdzie przyjmuje pan ordynator. Zrobił mu usg na miejscu, wypisał antybiotyk, bo brat bardzo kaszlał, pan ordynator stwierdził ze jesli nie ustapi ten kaszel to znow widzimy sie na oddziele bo byc moze to jakieś zmiany gruźlicze, chociąz wyglada to na zapalenia kratni. Przyjechaliśmy do domu, pare dni spokoju i zaczło sie wszytsko od nowa, goraczki po 40 st dreszcze az wreszcie poźnym wieczorem bart zaczął wymiotowac krwią. Wezwałam karetkę, został przewieziony na juz dobrze znany nam oddział. Gastroskopie robiło dwóch lekarzy, za pierwszym pan ordynator który stwierdził żylaki przełyku, natomiast drugi pan dr (gastrolog) ich nie stwierdził ( badanie było wykonane dwa razy poniewaz za pierwszym razem brat miał robioną gastroskopie po jedzeniu a pan dr chciał zobaczyc jeszcze wynik na pusty żoładek). Pan ordynator powiedział mi że to krwawienie najprawdopodniej wystąpiło z zylaku przełyku. Zlecił ponowne wykonanie TK. To był piatek ale ze pana ordynatora nie było tego dnia, to idac w myśl powiedzenia ze kota nie ma to myszy harcują, wyniku tez nie było komu dostarczyć ( pracownia mieści sie na parterze a oddział na którym lerzy brat jest na 2 piętrze. Pani dr (diabetolog akurat pracująca na tym odziele i akurat lecząca brata prywatnie pod względem cukrzycy) powiedziała mi ze mam zajrzec do gabinetu lekarskiego w sobote bo byc moze wynik przyjdzie w pt popołudniu to w sobote powie mi co i jak. Poszłam do niej w sobote i usłyszałam ze wyniku nie ma i ze bedzie w poniedziałek. Niedziela mineła bardzo nerwowo zarówno bratu jak i mnie. W poniedziałek rano weszłam na odział i zobaczyłam bieganinę, ordynator biegał z telefonem w ręce i umawiał blok operacyjny, gdy weszłam na sale okazało się ta rozmowa tyczyła się mojego brata. Okazało się ze rano przyszedł wynik i ze wyszło w nim ze to ropien na wątrobie i ze biegiem trzeba operowac bo własnie się rozlał i wystapiło zapalenie otrzewnej. Siedziałam pod blokiem i czekałam bo na koniec od ordynatora usłyszałam ze moze sie juz nie obudzić. Na szczęscie obudził się. Po operacji został przewieziony na odział chirurgii ogólnej. To był juz wieczór. na drugi dzien poszłam do pokoju lekarskiego by dowiedziec sie czegoś wiecej i tam usłyszałam ze operacja powiodła się, operacyjnie jest wszytsko o.k.no i ze trzeba czekac i ze najblizsze dni pokaza nam wiecej. Powiedziałam o stanie watroby w badaniu USG które miało miejsce na oddziale zakaźnym we wrześniu tego roku i o pojedynczych ogniskach stłuszczenia.. Na co pan dr przechylił głowe na bok i stwierdził ze to nie były zmiany stłuszczenia tylko to juz sie budował ropień. Podobne informacje uzyskiwałam kazdego kolejnego dnia. Brat miał dwa dreny ( jeden prowadzący do ropnia po prawej str brzucha, drugi po lewej stronie tez odprowadzający jakieś płyny). Po tygodniu odłączono mu ten drugi dren, po 9 dniach brat został wypisany do domu z jednym drenem (tym odprowadzającym ropę). Nie dostaliśmy żadnych recept, za ani zaleceń, jedynie informację ze ma brac to co do tej pory brał i że mam go już zabierac stąd. Zapytałam jeszcze o przebieg tych ostanich dni spędzonym na oddziele i poprosiłam by powiedział mi w końcu co było przyczyną ropnia i dlaczego stan wątroby tak nagle sie pogorszył, na co dostałam odpowiedz, że ten ropien to powikłanie po alkoholowej marskosci watroby i wtedy prztoczyłam mu słowa pani dr z zkaźnego która mowiła ze watroba jest na najlepszej drodze do znakomitego funkcjonowania, po czym zaproponowałam by spojrzał na hostorie choroby, przeciez jest w danych komputerowych jak i również wszystkie wypisy ze szpsitali tez są w zasiegu jego ręki bo przeciez brat był zawsze zawozony do szpitala z pełna dokumentacja. Na co pan dr powiedział mi ze mam mu głowy nie zawracac i ze to jest powikłanie i tyle. Pojechalismy do domu. Opiekowałam sie nim jak mogłam najlepiej, gotowałam na wzór diety wątrobowej, podawałam leki, pomogałam wstawac, spacerowałam z nim po mieszkaniu.... i w dzien po wyjsciu ze szpistala z odzialu chirurgii bratu zacżał powiekszac sie brzuch, utrudniajac oddychanie, zadzwoniłam po karetkę, zawieźli nas na izbe przyjęc, do mojego brata zszedł na konsultację pan dr który go operował, przebił sie przez miejsce gdzie miał wcześniej wsadzony dren, wyciekło dużo płynu, pozostawił ten nowy dren i kazał mi w domu podłączyc do niego woreczek, wszytsko trwało 20 min po czym wrocilismy do domu. Z opisu dowiedziałam sie ze to wododbrzusze. Lekarz przepisał ketonal i dodtakowy lek moczopędny. W domu podłaczyłam mu woreczek ale płyn nie chiał juz leciec, myślelismy z bratem ze to co miało wypłynac to juz wypłynelo i zeby sie uzbierała nowa woda to trzxeba poczekac ale z godziny na godzine brzuch robił sie coraz wiekszy a z drenu prawie nic nie leciało. Moczu oddawał coraz mniej. Wieczorem znow zaczal miec problemy z oddychaniem. wezwałam karetke i znow wyladowalismy na izbie przyjęc. Tym razem oglądał brata pan dr. ordynator z odziału chorurgi, nie zrobił nic tylko wysłał go na odział wewnetrzny, dziś jest sobota, lekarz na odziałe internistycznym jest tylko jakiś dyzrujący, przemiła młoda pani dr. która powiedziała mi poza sala chorych , tak by brat tego nie słyszał, ze stan jest bardzo cieżki, zapyatłam czy w gre wchodzą kwetsie godzin, powiedziała ze godzin to moze nie ale.........
i że jedyne co moga zrobic to podac leki moczopedne i antybiotyk za zapalenie otrzewnej......

I teraz moje pyatnie, czy według Państwa opinii ropien powstał na skutek poalkoholwej marskości watroby, czy nie zdiagnozowano go w pore?! Z tego co przeczytałam w sieci ropnie buduja sie zazwyczaj powikłania pooperacyjnego, badz zakazenienim bakterii.
Prosze mi powiedzieć, to chodzi tylko i wylaczanie o mój spokoj bo wiem juz ze z bratem jest bardzo zle.... tylko chodzi mi o zdanie na ten temat kogos kto ma ogromna wiedze w tej dziedzinie i jest bezstronny.

Z góry bardzo serdecznie dziekuję i pozdrawiam!