Witam, bardzo proszę o pomoc gdyż nie potrafię już sama sobie poradzić.
13 miesięcy temu zmarł mój mąż, stało się to nagle rano po przebudzeniu i praktycznie na moich rękach. Wezwane pogotowie podjęło próbę reanimacji (o ile można to co zrobili tak nazwać) trwającą jakies 10 minut po czym Pani (BARDZO nieprzyjemna)z zespołu karetki stwierdziła że to moja wina bo zbyt późno wezwałam pomoc (ok. 3-4 minuty jak tylko zorientowałam się że cos sie dzieje). Od tamtego momentu przez 8 miesięcy byłam pod opieką psyhologa, nie potrafił mi niestety pomóc, ja w dalszym ciągu nie mogę pogodzić się z losem. Mam straszne poczucie winy, ze nie zrobiłam wszystkiego, poza tym mam 1,5 roczną córeczkę i jestem na urlopie wychowawczym i panicznie boje sie powrotu do pracy ze względu na to ze małej mogłoby się cos stac, jak tylko ktoś zaczyna ten temat wpadam w panike. Poza tym bardzo często przesladuja mnie obrazy z momentu smierci meza. Najgorsze jest to ze caly czas nie potrafie sobie z tym poradzic, przed rodzina udaje ze sobie radze ale juz dluzej nie potrafie. Ostatnio spodkałam przypadkiem Pania z karetki i nie moglam dojsc do siebie, gdyz nam caly czas przeczucie ze ona nie pomogla mojemu mezowi, a wiem ze jest do tego zdolna (moja kolezamka dostala krwotoku w ciazy a ta Pani przyjechala i powiedziala zeby taksówka jechala do szpitala a nie zawraca jej glowe). Czesto mam mysli samobójcze, tylko ze wzgledu na corke jeszcze nic nie zrobilam, biore Rudotel od 10 miesiecy i wiem ze jestem uzalezniona. Prosze o rade co mam dalej robic, gdyz ta sytuacja mnie przerosła, w dalszym ciagu nie dopuszczam do siebie mysli ze mój mąż nie zyje, wmawiam sobie ze w koncu wroci. Z gory dziekuje za pomoc