przejrzałam sporo wątków na podobny temat, niektóre stają się bliższe inne całkiem banalne, niektórym z miejsca proponowałabym odejście od partnera ale w swoim przypadku ciągle jestem pod znakiem zapytania. zacznę od tego ze jestem 2 lata po ślubie a wcześniej byliśmy razem 5 lat czyli wychodzi sporo bo 7 lat a ja nadal zastanawiam się co ze sobą robimy. niby wszystko było zaplanowane ślub kupno wspólnego mieszkania nawet dziecko, które teraz ma 21 miesięcy. jednak zawsze czegoś mi brakowało, szkoda że odkryłam to dopiero po ślubie że nie mogę więcej oczekiwać, zawsze przy konkretnych sporach tłumaczyłam sobie ze po ślubie będzie inaczej lub na swoim będzie spokojniej (wcześniej mieszkaliśmy u jego rodziców, gdzie mąż kłócił się z mama a ja potem z nim bo nie mogłam słuchać jak ją traktuje, chociaż mama też nie jest bez winy)


Konkretniej problem polega na tym ze jak już dojdzie do ostrzejszej wymiany zdań mąż twierdzi że ja sobie za dużo pozwalam podnoszę głos co nakręca męża, wyzywa mnie,albo mowi ze nie jestem u siebie na wsi tylko teraz mieszkam w bloku i od razu leci do mnie z rekami albo przyciśnie albo szarpnie, nie robi tego zbyt mocno jednak ja oddaje mu tym samym tylko ja nie mam ograniczeń tylko bije go ile mogę po plecach, rekach,nawet po twarzy a raz złamałam mu zebro. czasami trwa to chwile czasami kilka dni, przeważnie mąż pierwszy ma wyzuty sumienia, ja bardzo rzadko żałuje tego co zrobiłam, przeprasza mnie całuje mówi ze nie rozumie jak może mnie tak traktować ze jestem dobra osoba i świetną matka dla dziecka.


kłótnie są na rożne tematy, chyba najostrzej zaczęło się gdy dziecko zaczęło interesowac sie swiatem dotykać telewizora (mąż jest maniakiem różnych sprzętów telewizor laptop konsola itp dba o nie bardziej niż o cokolwiek innego)ja zawsze broniłam synka i zarzucałam mu ze rzeczy są ważniejsze itd itd...,
jak ma przyjechać ktoś z mojej rodziny tez zawsze robi problemu a ze nie ma warunków bo są tylko dwa łóżka, nie wiem czemu nabrał niechęci do mojej rodziny-ja natomiast bronie ich i na słowa krytyki od razu mowie żeby zostawił moja mamę i rodzeństwo w spokoju (moje dzieciństwo nie wyglądała najweselej- od ojca alkoholika który bił mame, a odeszła dopiero 7lat temu jak już byliśmy w miarę dorośli i niejedno przeżyliśmy)ale to tylko początek góry...

wiem że czasem też prowokuje i zbyt wiele oczekuje w pracach domowych, albo jestem marudna bo ciągle nie wyspana
może też za dużo wymagam od niego, ciągle mi czegoś brakuje bo mam jakiś PROBLEM ZWIĄZANY Z DZIECIŃSTWEM nie chce tego samego dla mojego dziecka, najchętniej bym odeszła ale znowu grozi mi ze wywlecze moje sprawy rodzinne i odbierze mi dziecko. jakoś nie jestem przekonana żeby to mu sie udało ale ciągle żyje nadzieja ze jednak to dziecko może mieć normalny szczęśliwy dom.

na codzien jak jest ok to rozumiemy sie dobrze, rozmawiamy, zdajemy sobie sprawe z naszych bledow a potem nagle bum i wszystko traci na wartości,

zaczęłam myśleć ze to jednak ze mną jest problem, ze moje przykre doświadczenia z dzieciństwa dają znać o sobie, rozmawiałam już o tym z jedna z moich sióstr i doszłyśmy do wniosku ze mamy podobne odczucia, wiec możne wystarczy jak ja zacznę się leczyć a potem wprowadzić temat w stosunki z mężem.

chętnie poszłabym do jakiejś poradni małżeńskiej ale w okolicy nie ma a żeby jeździć dalej tez nie mam za co


nie wiem czy mamy jakieś szanse na udany związek, marze o tym zwłaszcza ze jesteśmy małżeństwem 2 lata i jeszcze cale życie przed nami ale jak ma to życie ciągle tak wyglądać to lepiej wcześniej zrezygnować, a co patrze na znajome pary to tez maja nie ciekawie jedne już się rozstały inni zgrzytają zębami, czy wszystkie małżeństwa są takie problemowe czy porostu oszukujemy się ze to ta odpowiednia osoba