Witam,
zacznę od tego że jestem w 11tc i mam 29 lat.
Kiedyś śmiałam się z tego, że jak nie zajdę do 30-tki to nie będę miała dzieci a tu niespodzianka i nie mam powodu do radości.
Niby powinnam się cieszyć ale nie potrafię. Chciałabym ale po prostu nie potrafię.
Wiem w czym tkwi mój problem, że się nie cieszę, ale jakoś nie potrafię sobie tego przetłumaczyć.
A problemy to:
po pierwsze - rozstałam po 11-tu latach z partnerem, którego kocham do dziś (nasz związek był burzliwy, były w nim także zdrady, parę razy rozchodziliśmy się i schodziliśmy wierząc że damy radę zapomnieć o przeszłości, aż on w końcu podjął decyzję że nie chce mnie i już i choć próbowałam ze wszystkich sił, powiedział nie). Chcieliśmy mieć dzieci ale nigdy jakoś tak nie staraliśmy się - zazwyczaj kończyło się na gadaniu o tym.
Jako tako pogodziłam się z tym, trochę odchorowałam ale stwierdziłam że nie będę się tak nad sobą użalać i poznałam nowego partnera.
po drugie - no właśnie nowy partner, zaczęliśmy się spotykać dosłownie parę tygodni od mojego poprzedniego rozstania, a po 3 m-cach znajomości zaszłam z nim w ciążę
...i choć trzymałam na dystans nowego partnera to jednak w pewnym momencie poczułam coś więcej, ale to się skończyło w momencie ujrzenia dwóch kresek na teście.
Dodam też że przed zajściem w ciążę mój eks chciał do mnie wrócić (jak już byłam z nowym partnerem) ale tym razem ja powiedziałam stanowcze nie a teraz mam wrażenie że przez ciążę straciłam byłego raz na zawsze i już więcej nie będzie powrotów.
Od tamtej chwili nie umiem zbliżyć się do nowego partnera, denerwuje mnie w nim totalnie wszystko. Wcześniej też mnie parę rzeczy denerwowało ale stwierdziłam że przecież w każdej chwili możemy się rozstać a teraz nie ma takiej możliwości bo jestem z nim w ciąży.
Każdy dzień to walka z samym sobą, z myślami...Rozmawiam szczerze z moim nowym partnerem że nie jestem pewna co do niego czuje w tym momencie, że nie chcę tego dziecka itd a on tylko na to że mnie nie zostawi.
Myślałam o aborcji, przyznaję się do tego, ale i tak wiem że jestem tchórzem i że tego nie zrobię. Prędzej oddam dziecko do adopcji niż usunę.
po trzecie i najważniejsze - obawiam się, że jak teraz nic nie czuję do dziecka to tym bardziej po porodzie nic nie poczuję ale mam nadzieje że się mylę.
Nie skaczę z radości bo wiem, że dziecko to nie zabawka i nie można odrzucić je w kąt. Wiem, że to na całe życie i może dlatego tak bardzo się boję...
Mam też straszny żal do siebie, że ojcem tego dziecka nie jest mój były tylko obecny partner i to jest chyba największą moją psychiczną przeszkodą. Chce się uwolnić od byłego ale nie potrafię i równie mocno pragnę pokochać to dziecko i obecnego partnera, czego także nie potrafię. Czuję, że się zmuszam.
Proszę o pomoc. Może ktoś mi otworzy oczy...