Witajcie.
Postanowiłam napisać, aby wyzbyć się choć odrobinę ciężaru swoich myśli.
Mam 25 lat i od roku jestem mężatką.. Czy szczęśliwą na 100% to też inna - mniej ważna - kwestia.
Od sierpnia zeszłego roku do końca lutego staraliśmy się o dzidzię. W marcu poszłam do poleconego ginekologa, który zapisał mi skierowanie na badania lipidogramu. Okazało się, że mam bardzo złe wyniki cholesterolu i trójglicerydów.
Podczas starań miałam świadomość, że poczyniamy kroki ku własciwej drodze.. że jest szansa. A po odebraniu wyników krwi i diagnozie lekarza 'Grozi Pani zawał, ciąża byłaby wysokiego ryzyka ze względu na obciążenie watroby' zaprzestaliśmy starań.
rozpoczęłam wizyty u dietetyka, zmieniłam dietę, schudłam kilka kilogramów, wyniki się poprawiły.
(Wspomnę tez że mam niedoczynność tarczycy i podejrzenie PCO).
Na 11.05 jestem zapisana znów u tego ginekologa i czekam na tą wizytę, ponieważ moje pragnienie dziecka przytłacza niesamowicie mój umysł. Kiedy oglądam zdjecia maluchów moich koleżanek ściska mnie w gardle, kiedy widzę ciężarną kobietę na ulicy / w sklepie czuje napływający ból i zazdrość.. Wiem, może to wydawać się chore.. ale nie potrafię nad tym panować. Mam tak silny instynkt macierzyński..