Witam serdecznie,
Od 8 miesięcy staramy się z mężem o drugie dziecko. Ja jako nastolatka miałam zdiagnozowany hirsutyzm i PCO oraz stwierdzenie które świszczy w uszach dając teraz ogromny strach " po 25 roku nie będzie miała pani szansę na ciążę" . Po tym wszystkim za oburzeniem z mamy strony zaprzestałam chodzenia do endokrynologa. Córkę poczęliśmy z racji tego bardzo szybko i udało się w drugim cyklu po 3latach brania tabletek antykoncepcyjnych Diane35. Po porodzie doszliśmy do wniosku, że zdecydowanie jedno dziecko nam wystarczy i co ma być to będzie. Rok temu ( 5lat od porodu) podjęliśmy jednak decyzję, że pragniemy drugiego. Po kolejnych 5latach tabletek anty ( Cilest, Naraya, Kontracept) odstawiłam je po konsultacji z lekarzem. Oczywiście żadnych badań hormonów nie miałam, usg również ( usg wcześniej miałam tylko w ciąży )lekarka powiedziała, że napewno wszystko jest w porządku i bez przeszkód możemy starać się o dziecko. Na własną rękę zrobiłam jedynie morfologię oraz Fe i TSH. Żelazo jest poniżej normy, ale u mnie to żadna nowość, biorę już 6msc Tardyferon Fol i kwas foliowy. TSH wyszło 3,43 więc pod górną granicą. Okres początkowo był wyjątkowo regularny, co było dla mnie nowością ponieważ przed rozpoczęciem brania tabletek w wieku 16lat miesiączki były strasznie nie regularne. w 3cyklu okres zaczął się spóźniać mimo negatywnych testów. Dostałam luteinę z zaleceniem brania jej za każdym razem gdy okres zacznie się spóźniać. Zaczęło działać. 5cykl - nadzieja ogromna ponieważ piersi zaczęły być drażliwe, ja zaczęłam mieć strasznie płaczliwy humor, kręgosłup w oklolicach nerek zaczął pobolewać co nigdy się nie zdarzało i 3dni przed terminem miesiączki testy zaczęły być pozytywne ale po 15min dopiero - druga kreska blada, naczytałam się, że zdarzają się takie przypadki, zaczęłam uważać na siebie, wino wieczorne już odstawiłam na bok. Niestety radość nie trwała długo ponieważ miesiączka nastąpiła 2dni po terminie. Była strasznie bolesna i żywoczerwona, aż się wystraszyłam. Przez myśli mi przemknęło poronienie, lecz odpędziłam tą myśl tłumacząc sobie PMS, zmiany w hormonach. Kolejny cykl był strasznie długi, luteina nie pomogła na wywołanie okresu, wylądowałam u lekarki, która wreszcie wykonała usg - przetrwały pęcherzyk 45mm i wypisała luteinę na 10dni. Między czasie umówiłam się na wizytę do ginekologa polecanego przez przyjaciółkę z samej ciekawości czy dowiem się czegoś nowego, bo psychika pomału zaczęła wysiadać. Nowy ginekolog potwierdził moje obawy o poronieniu samoistnym, na torbiel wypisał antybiotyk i distreptaze, kontrola po miesiączce. Torbiel pękła, kontrola wykazała w 10dc pęcherzyk dominujący 17mm. Nadzieja wróciła, zaczęłam obserwację cyklu za namową nowego ginekologa. Do tego na wszelki wypadek miałam zażyć luteinę od 16-25dc, bez potwierdzenia pęknięcia pęcherzyka. Zażyłam zgodnie z zaleceniami ii..po 8tabletce nastąpił okres - cykl 23dni tylko ( zazwyczaj były 28-30dni). Wzięłam się w garść zaczęłam prowadzić systematycznie obserwacje. Śluz wydaje mi się że płodny pojawił się w 10dc i trwa do dziś 17dc, temp podskoczyła do 36,4 w 14dc, jajnik prawy pobolewał ( niestety co cykl odczuwam tylko ten jeden jajnik i to na nim był wykryty ten przetrwały pęcherzyk, a w kolejnym cyklu dominujący pęcherzyk) , testy owulacyjne wychodziły pozytywne. Wczoraj byłam na usg i okazało się że nie ma żadnego dominującego pęcherzyka ( teoretycznie być nie powinno bo wydawało mi się że owulacja była ) ale również nie ma płyny w zatoczce douglasa..Lekarz wykonujący usg stwierdził, że do jajeczkowania nie doszło. Podłamało mnie to konkretnie. Niestety nie dostałam opisu usg a jedynie zdjęcia dla mojego ginekologa. Jedyne co nie wiem czy dobrze podpatrzyłam to E- ( endometrium?? ) było 4,43 ... Załamana wylądowałam na umówioną zaraz po usg wizytę i lekarz mówi, że pewny co do braku owulacji by tu nie był, bo mogła wystąpić skoro miałam jakiekolwiek jej objawy. Kolejnym krokiem mówił, że będzie badanie męża bo jest to łatwiejsze do sprawdzenia i jeśli wyniki będą dobre to będziemy dalej diagnozować mnie - wspominał o laparoskopii, bo podobno zaraz po niej bardzo szybko można zajść w ciążę. Oczywiście po powrocie do domu zaczęłam śledzić różne fora i zwariowałam, zadaje sobie różne pytania. Mianowicie: Czy faktycznie do owu nie doszło, a mój lekarz chciał mnie pocieszyć? Czy wcześniej nie lepiej byłoby zrobić badania hormonów? ( o tych myślałam czy na własną rękę nie kombinować, nawet zaczęłam szukać endokrynologa ale terminy wizyt mnie powaliły na łopatki), Czy może tu jest problem właśnie w endometrium?! Bo skoro teoretycznie doszło do poronienia to oznacza że mąż jest sprawny. Czy może powinnam zacząć łykać jeszcze jakieś tabletki? ( podobno mam odpuścić i nie wariować ale nie potrafię ). Zastanawiam się również czy np. nie zacząć stosować luteiny teraz na wszelki wypadek?
W moich myślach pojawiają się miliony pomysłów, najchętniej na już poszłabym do kilku kolejnych lekarzy z błaganiem o ja0kąkolwiek pomoc..czuje że problem jest ze mną i tego panicznie się boje...