Piszę tutaj, ponieważ kończą mi się pomysły, co jeszcze mogę zrobić. Mam 31 lat, nie rodziłam, nie byłam w ciąży (i ze względów zdrowotnych być może nigdy nie będę). Od 19 lat borykam się z problemem nieznośnie bolesnych miesiączek. Początkowo były one bardzo obfite, jednak z biegiem lat się zmieniały i obecnie oceniam je jako normalne z tendencją do skąpych. Cykl regularny, 22-25 dni, przebieg miesiączki: 1 dzień śladowego plamienia, 1 dzień przerwy (brak śladów miesiączki), 2 dni przeciętnego krwawienia, 1 dzień przerwy (brak śladów miesiączki), 1 dzień skąpego krwawienia, 1 dzień śladowego plamienia; łącznie cały ten czas plamienio-przerwo-krwawień trwa zwykle 7 dni.

Jestem osobą z natury odporną na ból: nigdy nie brałam tabletek od bólu głowy, nie korzystam ze znieczuleń podczas wizyt u dentysty (pomijając jedno operacyjne usuwanie ósemki), nigdy nie brałam środków przeciwbólowych po złamaniach, a tych miałam w życiu kilka (ręce, palce). Wyjątkiem było złamanie kręgosłupa po wypadku (miałam 16 lat), gdy środki przeciwbólowe dostawałam podczas pobytu w szpitalu. Zasadniczo w sytuacjach, gdy większość osób nafaszerowałaby się już tabletkami przeciwbólowymi, ja ich nie biorę. Nie licząc miesiączki. Tu nie pomaga absolutnie nic, a ból brzucha jest silniejszy niż ból pooperacyjny - nie przesadzam. Kiedyś po operacji (kilka godzin po wybudzeniu się ze znieczulenia ogólnego) zemdlałam na korytarzu w drodze do toalety. Kiedy docuciły mnie przerażone pielęgniarki, pytały, czemu nie mówiłam, że tak mocno boli mnie rana - dostałabym coś przeciwbólowego. Chyba nie uwierzyły, gdy mówiłam, że to nie rana tylko brzuch, bo mam okres...

Przez te 19 lat byłam już u kilkunastu ginekologów, przeszłam dziesiątki USG (łącznie z dopochwowym). Wszyscy zgodnie twierdzą, że wszystko mam na swoim miejscu i nic mi nie jest. Niektórzy dodają, że to "uroda taka", inni, że przejdzie mi, gdy urodzę. W to nie do końca wierzę - moja mama urodziła dwójkę dzieci i do samej menopauzy nigdy jej nie przeszło. Od 5 lat leczę hiperprolaktynemię (Dostinex), od roku - Hashimoto (Euthyrox). Co za tym idzie - leczenie bólu miesiączkowego tabletkami hormonalnymi nie wchodzi w rachubę (znowu rozstroiłabym już uporządkowany stan hormonów). Wcześniej jednak, kiedy nie miałam powyższych problemów, próbowałam terapii hormonalnej - bezskutecznie. Organizm żadnych pigułek nie akceptował (chociaż różni lekarze proponowali różne środki); były to całe lata rozstroju żołądka i wymiotów.

Będę wdzięczna za sugestie, skąd może wynikać problem i co mogę z nim zrobić. Wątpię, że ma on związek z którąś z obecnych chorób - z identycznym bólem zmagam się od 12. roku życia, kiedy byłam zupełnie zdrową dziewczynką. Już wtedy mdlałam, wymiotowałam i wyłam z bólu. Przez ostatnie 19 lat zmieniło się tylko tyle, że mama przestała pisać mi usprawiedliwienia do szkoły; teraz od czasu do czasu muszę wziąć urlop. Dodatkowo uodparniam się na kolejne środki przeciwbólowe: muszę zjeść całe opakowanie Paracetamolu albo Ibupromu (to nie żart, ból odrobinę odpuszcza po ok. 5000-6000 mg tych specyfików). Brałam też Aulin, Nimesil, Doretę, Ketonal i wiele innych - niezależnie od tabletek, potrzebuję zjeść ich tonę, żeby zaczęło działać. Nawet przy Tramalu jakiś względny komfort życia pojawia się dopiero po dawce 200 mg. Ostatnio lekarz wypisał mi kodeinę, ale nie odważyłam się spróbować.

Czy ktoś ma podobne problemy? Póki co wszyscy rozkładają ręce, a ja miesiąc w miesiąc jestem "wycięta" przez 2 dni z życia (te 2 dni, kiedy występuje przeciętne krwawienie, o którym pisałam na początku). Powoli zaczynam dostawać leki, jakie przepisuje się chorym na nowotwory, i chyba coś jest nie tak...