na poczatku moze w skrocie opowiem sytuacje miedzy mna a moim chlopakiem:
tak wiec jestesmy razem prawie 3 lata, mam 19 lat, od 6 lat starszy. roznie sie miedzy uklada. na ogol jest dobrze, tak jak wg mnie powinno byc w zwiazku. jednak my nie potrafimy sie normalnie klocic, jak ludzie. wiem ze moze dziwnie to brzmi.. ale nasze klotnie sa po prostu straszne... nawet o jakas mala istotna rzecz potrafimy sie tak strasznie klocic, krzyk, szarpaniny, placz.. nie znam zadnej pary ktora by sie az tak klocila . i to czesto o jakies wydumane sprawy. duzo zlego bylo miedzy nami wczesniej. bylo kilka incydentow z jego winy ktore teraz siedza we mnie gdzies gleboko i przy kazdej klotni mu to wypominam( ja tez nie bylam zawsze swieta). nie podoba mi sie w nim wiele rzeczy, chociaz wiem ze nikt nie jest idealem. niektorych rzeczy w nim nienawidze. np tego ze jest o mnie chorobliwie zazdrosny. nie darzy sympatia zadnych moich kolegow, mimo ze sa naprawde w porzadku i nigdy z zadnym mnie nic nie laczylo.. oni jego tez nie, odczuwaja jaki on ma stosunek do nich, a po naszej ostatniej klotni ktorej byli swiadkami nie chca miec z nim nic do czynienia (w wiekszosci). praktycznie z nikim sie nie spotykamy z tego powodu.. ja mam do niego zal ze nie pozwolil sie zaakceptowac moim przyjaciolom, wiec ja tak jakby podswiadomie nie chce sie spotykac z jego przyjaciolmi. oczywiscie sa od tego wyjatki, ale male. teraz mi az tak to nie przeszkadza bo widujemy sie i tak tylko w wknd-y, ale jak chcielibysmy razem zamieszkac to nie wiem jak to by bylo.. przeciez nie mozemy cale zycie spedzac tylko i wylacznie we dwoje. wszyscy ktorzy nas znaja uwazaja nasz zwiazek za toksyczny i bez przyszlosci. my oboje tez zaczynamy miec takie wrazenie. ze to prawda..
ale mimo wszystko strasznie go kocham. mam wrazenie ze az za mocno jesli mozna w ogole tak powiedziec o milosci. wybaczam mu wszystko (ale nie zapominam....) jednak oboje mamy juz tego dosyc... tych ciaglych klotni.. zrywalismy ze soba wiele razy, jak jakies dzieci... jednak po jakims(niedlugim) czasie ciagle do siebie wracalismy.

i tu tkwi problem: ja po prostu nie potrafie z nim definitywnie skonczyc. on z tego co widze ma tak samo. za bardzo sie kochamy, mimo tego wszystkiego..
a dokladnie: nie wyobrazam sobie zerwania z nim w klotni, tak jak do tej pory, bo my i tak sie pogodzimy.. jedynie zdrady bym mu nie wybaczyla. on mnie rowniez. wiem ze to dziwne ale tak wlasnie jest.
rozmawialismy duzo o nas.. chcemy byc razem, ale czuje ze to niemozliwe. czuje , ze wkoncu dojdzie do tego ze bedziemy chcieli sie rozstac. tylko...

ja nie potrafie zyc bez kontaktu z nim, nie chce! jestem pewna ze gdybysmy rozstali sie w zgodzie, mogli potem ze soba rozmawiac jak normalni ludzie, umialabym sie pogodzic z tym rozstaniem. wiem ze wiekszosc ludzi ma odwrotnie, chca wymazac z pamieci swoego eks. ale ja tak nie moge. jak mozna zapomniec, nie myslec o kims i nie utrzymywac kontaktu z kims, kogo sie tak bardzo kochalo? tym bardziej ze on jest dla mnie rowniez najepszym przyjacielem. chociaz to chcialabym zostawic. za to on... on nie bardzo wyobraza sobie jak moglibysmy utrzymywac jakikolwiek kontakt. uwaza ze caly czas by tesknil za mna, a jak bym sobie kogos znalazla nawet po dlugim czasie, nie mogl by na to patrzec bo przypominalo by mu to nasz zwiazek.


co mam z tym zrobić? pomocy


PS dodam ze juz tyle razy postanawialmismy ze zrobimy wszystko zeby cos w naszym zwiazku zmienic na lepsze, za kazdym razem udaje sie to przez pare miesiecy jednak pozniej znow jest to samo. nie potrafimy inaczej.