Witam, mam 18 lat i od dłuższego czasu nie potrafię zająć się własnym życiem. Odkąd pamiętam zawsze po głowie chodziły mi negatywne myśli. Tak czy inaczej zawsze byłam uważana za osobę wesołą, ze specyficznym humorem. Kiedy rozpoczęłam szkołę średnią mój pogląd na ludzi, życie, świat znacznie się zmienił. Bywały lepsze i gorsze dni, ale jakoś czas płynął. Co jakiś czas... miałam gorszy okres raz na 3/4 miesiące mój stan znacząco się pogarszał. Zazwyczaj przez 2 tyg. nie wychodziła z domu (tylko szkoła) i nie dawałam życia na portalach społecznościowych. Nic takiego nie robiłam, zazwyczaj płakałam i myślałam o przysłowiowych "niebieskich migdałach". Najbardziej wkurzało to mojego chłopaka, czemu się nie dziwię. Tłumaczyłam mu, że tak mam i poprostu muszę odpocząć od ludzi. Tak czy inaczej po 10 miesiącach zakończyłam owy związek (ale to już inny temat). Żyłam dalej swoim życiem do tych wakacji. Były one dla mnie bardzo bolesne i smutne. Najpierw okazało się, że dziadek ma raka trzustki. Zajmowanie się dziadkiem wymagało dużo czasu, a dziadkowie mieli jeszcze schorowanego psa, którego mogła jedynie uratować kosztowna operacji. Zdecydowali się go uśpić. Babcia nie chiała na to patrzeć. Zaoferowałam swoją pomoc, bo nie chciała zostawić dziadka z tym samym. Pojechałam z nim... uśpiliśmy psa. W rodzinie jak i wśród znajomych jestem uznawana za osobę opanowaną, poważną i niewzruszającą się. Co prawda nie uroniła łzy podczas zabiegu, ale nie mogę wymazać z pamięci obrazu psa, którego oczy robią się coraz bardziej szare. Po 1,5 miesiąca zmarł dziadek. Chemoterapia nie pomagała. Byłam ostatnio osobą, która złożyła mu wizytę w szpitalu. "Trzymaj się dziadek" - to było moje ostatnie słowa. Wyszłam z sali... i zaczęłam biec do wyjścia nie mogłam na to wszystko patrzeć. Dzadek wyglądał fatalnie z zdrowego 190cm i 90kg mężczyzny schudło do 50kg. Najgorsze, że ja to czułam. Byłam umówiona ze znajomymi, ale zrezygnowała z tego, bo wiedziałam, że muszę zobaczyć dziadka. Niestety na pogrzebie mnie nie było. Wyjechałam na obóz, który był wykupiony rok wcześniej. Bardzo się męczyłam, wiedziałam że to nie jest odpowiednia chwila. Obóz był niezły, piliśmy dużo alkoholu. Wtedy nie było źle. Jednak kiedy %opadały mój zły nastrój górował. Myślałam: "odrraguje te złe rzeczy, wrócę jak nowa". Obóz się skończył, a moj humor poszybował w dół. Od powrotu nie mogę się ogarnąć. Tracę poczucie czasu, zapatruję się bez celu w jakiś punkt. W szkole staram się uśmiechać, choć wolałabym się zapaść pod ziemię. Tyle planów na ten rok - dobrze napisana matura, udział w olimpiadzie. A ja poprostu nie mogę, nie mogę się skupić na niczym. Oblewają mnie zimne poty, mam napady histerii. Zaczynają przerażać mnie tłumy. Raz już musiałam na przerwie wyjść ze szkoły, bo poprostu zrobiło mnie się niedobrze od tych wszystkich ludzi, którzy rozmawiają, śmieją się. Każde wyjście z domu jest dla mnie bolesne. Wszystko jest dla mnie bezsensu. Moje dotychczasowe osiągniecia mnie denerwują. Zapytana przez nauczyciela o jakiś projekt z wcześniejszego roku najchętnie powiedziałabym : To jest ch*jowe, dajcie mi święty spokój. Męczą mnie pytania skierowane do mojej osoby. Bardzo chcę się ogarnać, ale nie mam siły.

3 lata temu byłam u pani psycholog, opowiedziałam jej trochę o dzieciństwie i moich poglądach. Mowiła ,żebym przyszła jescze, ale nie miałam odwagi... dalej nie mam. Często o tym myślę, już jestem gotowa... i ogarnia mnie strach. Poprostu się boję. Co do wsparcia w rodzinie to nic z tego. Nie chcę mówić czegokolwiek rodzicą etc. Oni właściwie nic o mnie nie wiedzą i tak mi dobrze. Nie chcę wgłębiać ich w swoje życie, już i jestem czarną owcą w rodzinie.

Bardzo chciałabym zacząć żyć, tak prawdziwie, ale nie mam odwagi.. i siły.