Witam,

Mój problem jest chyba wyjątkowo zawiły.. jestem w zwiazku malzenskim, po ślubie 4 lata, mamy wspaniałego 2 letniego syna. Oboje bardzo go kochamy, mąż nigdy nie uchylał się od obowiazkow z nim zwiazanych, kocha go.
Ja bylam/jestem osobą trudną. Uwazam ze ma to zwiazek z rownie trudnym okresem w dziecinstwie (nie alkohol ale nieszczesliwe zycie rodzicow, ich nerwice, obnizanie mojego poczucia wartosci).
Wymuszałam uczucia a gdy je dostawałam to odrzucałam, jakos tak nieswiadomie, podswiadomie. Smialam się z małżenstwa, robiłam "jazdy" jak to nazywa moj mąż czyli przykladowo potrafilam rzucic focha bez jakiegos istotnego powodu, wyjść z domu i niech mnie szuka. Gdy mnie szukał i prosił bym sie uspokoiła to ja czulam sie dobrze bo widzialam ze mu zalezy.
Poza tym wszystkim generalnie stanowilismy zgodną parę, w seksie, w domu ukladalo nm sie swietnie. Mamy wartościową rodzinę, syna, mieszkanie, masę pięknych wspomnien.
Ale w mezu jak stwierdzil cos sie wypaliło, dawał mi sygnały, mowil ze juz nie wytrzymuje tych "jazd" ale ja tego nie slyszalam, nie przyjmowalam do wiadomosci co może oznaczać "nie wytrzymam".
Jest wspaniałą osobą i ostatnią o której bym pomyślała, że zdradzi....
Teraz ja się o to obwiniam, przez te moje chore zachowanie, niedocenianie go, stawianie wysokich wymagan..

Ostatnio był okres wzmożonej pracy, duzo w pracy, w domu, wlasna dzialaność. Nie miałam czasu na myślenie i nie zwrocilam uwagi ze cos sie dzieje. Az pewnego dnia dostalam telefon.. ze mąż flirtuje z kolezanka z pracy.
Wszytsko sie potwierdzilo, to faktycznie byl flirt ale dosc mocno zaawansowany. Maile, smsy, telefony. Widzialam treści, ze ma dosyc naszego zwiazku, jakies plany bycia z nią..
I się zaczęło. Dostałam obuchem w głowę, obudziłam się, jak to? ON? !!! Utwierdzialm sie z tym jak go kocham, dotarlo do mnie co zlego robiłam.. ale chyba za pozno.
Poczatkowo sie nie przyznawał. Potem byly rozmowy, przyznal ze wypalily sie w nim uczucia do mnie, ze jej nie szukał, że to nie sam flirt jest tu powodem ale te moje zachowanie, jazdy, niszczenie.. ze juz nie ma milosci.
Ze miota sie, nie wie co zrobić..
Był moj płacz, lament, błagania, wymuszanie.. on tylko reagował nerwami.
W koncu obietnica, niestety wymuszona, ze zerwie ten kontakt. Napisał przy mnie do niej smsa, ze konczy ta relacje, zostaje z rodziną.. Postanowilismy ze sie staramy, zmieniamy, walczymy. On caly czas powtarzał ze potrzebuje czasu, duzo czasu.. o rozwodzie nie bylo mowy. Nie chcial.
A ja caly czas podejmowalam rozmowę, mimowolnie, by uzyskiwac jakies zapewnienia, chocby drobne, jakies potwierdzenia tego ze sie stara, ze chce, ze nie odejdzie. Juz bylam pewna ze z nią skonczyl ze zostala tylko kwestia rozbudzenia uczuć. Jestem niecierpiwa, wszystko chce na juz.
Prosił, zyjmy normalnie i zobaczymy co wyjdzie.. a ja nie znosilam tego "zobaczymy" jak to zobaczymy? I nie potrafialm zyc normalnie, temat byl ciagle na tapecie. Bo utracilam cale poczucie beppieczenstwa, wszystko mi sie zawaliło.... nie potrafilam zniesc tego, zobaczymy, nie wiem, obojętności, oschłości... i wymuszałam. A on sie wkurzał, gdy tylko wracalismy do rozmowy.

I ostatnio, po mojej reakcji on znow do niej zadzownił. Widzialam bo znalazlam bilingi.
Rozmawial z nim jego tata, autorytet.. troche sie zmielo po tej rozmowie, jakby spokorniał. Tłumaczyl mu ze przeciez nie bedzie szczesliwy z tą drugą, ze to tylko chwilowe, będzie ok a potem znów rutyna. Ze mamy dziecko, rodzine, siebie, ze mozna zyc normalnie.. dluga i ciezka to byla rozmowa. jakby go poruszyła. minimalna zmiana sie pojawiła... ale nadal nie ma pewnosci.
Nie chce rozwodu, mowi ze bedzie ok, a z drugiej strony mowi ze nic nie moze obiecac, że nie wie..
staramy sie normalnie zyc, jedziemy na wakacje, na zjazd rodzinny, rozmawiamy o codzienności. ale to tak na siłe troche. widze ze nie jest przekonany, ze nie kocha... ale chyba probuje, bo mysli, rozumie.

Da sie to uratowac? Nie wyobrazam sobie zycia bez niego, kocham go, mamy dziecko, generalnie jestemy normalna, zgodna rodziną...