Jestem 30 letnim mężczyzną.

W życiu kilka razy (3-4) zostałem poczęstowany marihuaną, nigdy nie odczuwałem jakichkolwiek skutków działania... do ostatniego razu.

Ostatniego czasu zostałem poczęstowany marichuaną dwa razy. Ostatni raz około dwa tygodnie temu, zostałem poczęstowany sporą (w mniemaniu częstującego) dawką marihuany. Efektem zażycia, w postaci tzw. skręta, było rozluźnienie, małe zawroty głowy, brak skupienia, zaburzenie postrzegania (np. podczas przeglądania gazety, WYDAWAŁO mi się kątem oka, ze osoba przebywająca w pomieszczeniu wyszła, a gdy oderwałem wzrok od gazety nadal była w tym samym miejscu, coś w stylu dejavu). Podkreślam, ze nie była halucynacja, po prostu jakby „zawieszenie”, takie zamyslenie, które na pewno każdemu kilka razy się w życiu zdarzyło nawet trzeźwo, oderwanie uwagi od otoczenia spowodowane zamyśleniem.

Po około 2-3 godzinach owe efekty działania marihuany minęły.
Jednakże (co chcę podkreślić) podczas owego palenia, osoba towarzysząca powiedziała anegdotę jakoby „komuś kiedyś jeden skręt tak 'siadł', że całkowicie zmienił psychikę”, przyznam, że tego się przestraszyłem.
Przez następne dni miałem wrażenie jakby lekkiego oderwania od świata, jakbym obierał rzeczywistość w 95%, używając porównania: tak jakbym nie tylko brał udział w filmie, ale również był jednocześnie widzem tego co się dzieje, coś jakby postrzeganie świata ze szklanej kuli, mimo że byłem świadomy wykonywanych na co dzień czynności, dodatkowo miałem WRAŻENIE malutkich zaburzeń równowagi (coś jak po wypiciu jednego słabego piwa, ewentualnie niewyspania), ale w żaden sposób nie wpływało to negatywnie na moje codzienne czynności.
Stan owy wydawał mi się wywołany zmęczeniem, spowodowanym brakiem snu, gdyż przez mniej więcej tydzień od tamtego zajścia mało sypiałem (zarywałem noce grając na komputerze w nową grę).

Myślałem, że stan takowego jakby otępienia minie, gdy się wyśpię. Nadeszła sobota, wyspałem się, lecz miałem wrażenie, ze ten stan oderwania całkowicie nie minął (ciąg dalszy urojenia? A może marihuana naprawdę wpłynęła na mózg?). Tegoż samego dnia zostałem zaproszony do znajomych na imprezę, na której spożyłem bardzo dużo alkoholu (prawdopodobnie około 1 litra, w ciągu 8 godzin, podkreślam, że na moją masę 150 kg). Miałem świetne samopoczucie, dobrze się bawiłem, byłem wygadany, aczkolwiek nadal po głowie gdzieś po zakamarkach mi szwendała się myśl o wypalonym skręcie.
Pierwszy raz w życiu byłem tak bardzo upojony alkoholem, za co pokutowałem następnego dnia; miałem okropnego kaca, właściwie mega-kaca, prawdopodobnie pierwszego kaca w życiu (!).
Silne mdłości zaczęły łączyć się ze złymi myślami, przez cały dzień w mojej głowie powtarzała się okropna myśl „a co jeżeli tamto jednorazowe zażycie marihuany zmieniło moją psychikę? Co jeżeli już nie będę mógł w pełni odbierać rzeczywistości i cieszyć się życiem w takim samym stopniu jak kiedyś? Ja tak nie chcę!”, myśl ta cały czas wzbierała w mojej głowie. Z nerwów bolał mnie coraz bardziej brzuch, mdliło bardziej, mdłości bardziej napędzały złe myśli, zacząłem realnie mieć lęki, że coś mogło się stać z moją głową. Myśli napędzały mdłości, mdłości napędzały myśli, błędne koło...

Następnego dnia po kacu (poniedziałek) nadal miałem złe myśli, lecz czułem się lepiej. Ze strachu o własne zdrowie psychiczne zarejestrowałem się do psychiatry. Następnego dnia (wtorek) w dniu wizyty u psychiatry, czułem się jeszcze lepiej niż w poniedziałek.
Sama wizyta u psychiatry była wg mnie jedną wielką porażką, lekarz psychiatra zbagatelizował problem z którym do niego się udałem, stwierdził (tak zrozumiałem jego mętne wypowiedzi), że najprawdopodobniej stany lękowe były efektem owego ogromnego kaca. Zamiast skupić się na problemie z którym przybyłem, doktor zaczął analizować moje relacje z matką, czy też stwierdził, że mam słaby wizerunek swojej osoby, brak mi pewności, boję się odrzucenia, dlatego nie mam partnerki życiowej, i stwierdził, że jestem podatny na czarnowidztwo i skłonności hipochondryczne (o których wspomniałem) itp.
/tak naprawdę nie powiedział nic czego bym nie wiedział o swojej osobie. Nie docierało do lekarza, że mimo braku "drugiej połowy", braku odwagi itp. jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem/

Zawiedziony wizytą u lekarza psychiatry (100 zł wyrzucone w błoto), zacząłem sam przyglądać się swoim emocjom i lękom. Czytałem podobne relacje innych osób, lecz mimo wielu wspólnych cech, jedno mi nie dawało spokoju.
Otóż nie wiem czy mój obecny stan psychiczny jest efektem urojenia wynikłego ze skłonności hipochondrycznych, czy rzeczywiście mogły zajść od jednego skręta zmiany w mojej głowie.

Znając swoje predyspozycje do hipochondrycznego zachowania, wyczytałem w internecie, że mogę cierpieć na nerwicę hipochondryczną , jakoby lęk jest wywoływany przez obawę, iż marihuana spowodowała trwałe zmiany w mózgu, i że nie będę mógł już nigdy tak cieszyć się życiem jak kiedyś.

Co powinienem zrobić? Cały czas myślę o swoim stanie psychicznym, rzeczy nie sprawiają mi już takiej radości jak kiedyś, nie wiem czy to jest efektem samego zamartwienia się, czy stricte zmian w mózgu? Zabawa z ukochanymi psami, czy spacer z psem, piękno natury, to wszystko już nie jest takie piękne jak kiedyś, bardziej jakby matowe, za mgłą. Ogólnie czuję się lepiej, ale cały czas czuje niepokój powodowany zamartwianiem się, mam wrażenei zmęczenia, "przymulenia", oraz dodatkowo chwilami (zwłaszcza przed snem) mam mocniejsze napady lęku powodowane strachem o stan psychiczny...


Proszę o radę, co powinienem począć? Czy na podstawie tego co napisałem da się nakreślić jakiś schemat postępowania?

Czy mój stan emocjonalny jest jednym wielkim urojeniem hipochondrycznym, a może istnieje możliwość by owo sporadyczne zażycie marihuany spowodowało realne zmiany w mózgu na taki długi okres? To już prawie 2 tygodnie od marihuany, i 4 dni od owego ogromnego kaca. Za dnia mam nawet dobre samopoczucie, nawet humor mi dopisuje podczas oglądania komedii, ale gdzieś tam siedzi we mnie ten lęk. Problemy żołądkowe zmniejszyły się, ale w chwilach strachu znowu skręca. Jedyne ukojenie jakie znajduje to sen. Jak normalnie sypiałem po 6 godzin na dobę, to teraz sypiam po 8 godzin. Ostatnio nawet 9 godzin,a mimo to nadal byłem za dnia śpiący, zdemotywowany do działania....