Froribeth Mora-Diaz została uzdrowiona za wstawiennictwem bł. Jana Pawła II. Tak, to kolejny cud, kolejna awantura Boga z ludźmi niewierzącymi, wątpiącymi, tymi dla których prawa fizyki i natury muszą mieć ujście w rozumowaniu, logice i innych właściwościach człowieczej wiedzy. A tu proszę, rzeczywistość totalnie intrygująca, dająca jedynie powód do zwątpienia albo w umysł albo trzeba paść po prostu na kolana i uwierzyć, że Jezus Chrystus jest Panem. Proste, takie ludzkie!



We włoskim tygodniku „Oggi” ukazał się wywiad z neurochirurgiem Alejandro Vargas Romanem, który postanowił podzielić się ze światem doświadczeniem jakie miało miejsce w jego pracy. Roman był lekarzem Mora-Diaz, która w 2011 roku przeszła bardzo ciężki udar mózgu. Z powodu rozległych szkód, nie można było nałożyć jej specjalnego klipsa ani „przeprowadzić embolizacji, czyli zamknięcia naczynia tętniczego”. Ramon był bezradnym w przypadku Diaz. Nic nie dało się zrobić, wszystko co można było uczynić z punktu medycznego nie działało. Czekano więc na, no właśnie na co? Na co czeka w takich okolicznościach ateista, a na co katolik? Ten pierwszy czeka na śmierć, drugi na życie wieczne. Ateista czeka na dobre wiadomości od lekarza, że właśnie dokonano odkrycia jakiegoś leku, który go uzdrowi, osoba wierząca przygotowuje się na spotkanie z Panem jak również po ludzku modli się o uzdrowienie, o cud. I tak właśnie było w przypadku Floribeth Mory Diaz. Kobieta leżąc w szpitalnej sali, z tragiczną diagnozą jej stanu zdrowia, czekała. Ale nie na Godota czy innego rodzaju abstrakcję, ale na cud. W telewizji transmitowano właśnie Mszę beatyfikacyjną Jana Pawła II (było to 1 maja 2011 roku). Kobieta oglądając to religijne misterium rozpoczęła się modlić, do Jana Pawła II by ten ją uzdrowił. I co nastąpiło? Na drugi dzień (nie minęło nawet 24 godzin) kobieta budzi się … zdrowa. Doktor Ramon mówi w wywiadzie wprost: "Nie znalazłem żadnych podstaw naukowych, by wyjaśnić, dlaczego tętniak zniknął. Jeśli to cud, to głos w tej sprawie należy do Kościoła. Ja jako katolik w to wierzę". Był tętniak, którego nie można było w żaden sposób usunąć, bo groziło to albo zawałem mózgu albo kolejnym wylewem czyli śmiercią, rano po przebudzeniu już go nie było. CUD! Tak po prostu zwyczajnie, po ludzku niemożliwe do ogarnięcia, a dla Boga nic wielkiego, norma, pewna właściwość Jego Nieskończoności, którą lubi dzielić się z ludźmi.



Przypomina mi to niesamowitą historię, Miguela Pellicera, biednego człowieka mieszkającego w XVII wiecznej Hiszpanii, który stracił nogę, amputowano ją bo wdała się gangrena. Po dwóch latach, pewnej nocy objawiła mu się Matka Boża z Pilar, do któej biedaczyna zanosił modlitwy i dzięki jej wstawiennictwu Miguel obudził się o poranku z … nogą. Tak po prostu: poszedł spać bez nogi, obudził się z nogą. Ave Maria, Ave Jezus. Wszystko dzieje się tak po prostu, wystarczy wiara, owe minimum w naszym życiu, owe minimum.


Artykuł pochodzi z portalu Fronda .pl