Mam 26 lat i zawsze byłam przez rodziców traktowana lekceważąco, nigdy nie czułam, że kogoś obchodzi moje zdanie. Rodzice potrafili mnie zawieść w ważnych momentach. Przykładowo jak dokuczali mi w szkole to stwierdzili, że nie mam żadnego problemu bo nie chciałam wydać "oprawców". Całe życie czułam się jakoś z boku, bo rodzicom nie wyszło z moim starszym rodzeństwem (złe towarzystwo, więzienie) i właściwie prawie dzień w dzień wylewali na mnie swoje żale a każda próba buntu z mojej strony kończyła się jeszcze gorszą awanturą. Kiedy nie mogłam znieść napięcia krzyczałam na nich a oni traktowali to jak policzek. Nie potrafiłam się uczyć, nie potrafiłam zbudować normalnych relacji bo po doświadczeniach ze szkół nie umiem już spokojnie komuś zaufać. O to również były pretensje. Chłopak, koleżanka, bałagan w pokoju - wszystko było odpowiednim powodem, żeby mi dyrygować i "radzić" nawet jeśli sami sobie zaprzeczali.
Ojciec zmarł 4 lata temu po półrocznej walce z nawrotem raka. Parę razy próbował wyciągnąć do mnie rękę, jakoś ocieplić nasze stosunki ale nawet nie przychodziłam do niego do szpitala. Nie wiem czy nie umiałam czy nie chciałam. Wiedziałam, że cały czas miałam do niego żal o to jak mnie męczył. Cały czas czuję, że byłam złą córką, że nie powinnam być taka dla niego i że to moja wina, że umarł. Jakbym się słuchała to może nie dostałby tego zawału (był wycieńczony i dostał kolejnego zawału) bo ostatnią rzeczą jaką do mnie powiedział były pretensje, że siedzę w nocy na komputerze.
Przejdę może do meritum sprawy.
Oprócz normalnych wyrzutów sumienia mam obsesję na punkcie śmierci... Ciągle obawiam się śmierci bliskich, osób, które mijam. Najgorzej chyba jest ze mną samą. Nie jestem w stanie iść do lekarza, żeby się sprawdzić. Nie umiem iść do ginekologa, żeby się zbadać bo boję się ostracyzmu i póki nikt nie stwierdzi, że jestem chora to zgodnie z tą pokręconą logiką będę zdrowa.
Boję się dotknąć swoim piersi, żeby przypadkiem nie poczuć jakiś zgrubień, nie dotykam obszarów węzłów chłonnych bo obawiam się, że będą powiększone. Każdy ból głowy kończy się strachem o raka mózgu, strzyknięcie bólu w jakiejkolwiek części ciała i jestem prawie pewna, że coś złego we mnie rośnie i powoli gniję od środka.

Nie oczekuję rozwiązania mojego problemu. Chciałabym go trochę zrozumieć, żeby w końcu zdobyć się na rozmowę ze specjalistą bo jestem pewna, że pilnie potrzebuję pomocy.