Witam! Odka pamiętam, byłam potwornie nieśmiałym dzieckiem z kompleksami, a wiadomo, że takie łatwo nie mają.
Już w podstawówce byłam obiektem żartów, wyśmiewania się, choć jeszcze nie było to takie okrutne, najczęściej po prostu siedziałam sama. Miała niby jedną przyjaciółkę, wszędzie razem, papużki nierozłączki itp. Miałam wrażenie, że mnie rozumiała, ale skończyło się na tym, że przestała się ze mną zadawać z powodu opinii innych - że niby śmieją się z niej, bo się ze mną zadaje, a ona chciała być popularna. I także zaczęła się ze mnie naśmiewać, co było dla mnie prawdziwym ciosem.
Potem przyszło gimnazjum, według wielu najgorszy okres. W moim przypadku też tak było. Trafiłam do klasy w większości z ludźmi z podstawówki i kilkoma innymi, i tu się już zaczęło na całego. Wyzywanie, popychanie, obgadywanie, śmiechy, komentarze, rzucanie czymś we mnie, nikt nie chciał nawet siadać obok mnie, jakbym była jakaś chora. Gdy były dni, że mnie ignorowali, czułam się najszczęśliwsza na świecie. Tutaj także znalazłam "przyjaciółkę", nie wiem, czy mogę ją tak nazwać. Ona miała wielu znajomych poza szkołą, dużo imprezowała, wagarowała, piła, paliła itp. Ale w klasie nie miała nikogo i z niej także się naśmiewali, choć mniej niż ze mnie. Dodatkowo bardzo słabo się uczyła, a ja dobrze. No i zaczęłyśmy się sobą zadawać, w końcu "przyjaźnić"? Do tej pory nie wiem, czy naprawdę mnie lubiła, czy tylko "korzystała", no ale cieszyłam się, że nie jestem sama, że mogę z kimś pogadać. Na początku proponowała spotkania poza szkołą, jednak ja odmawiałam, nie wiem czemu, w końcu przestała proponować i spotykałyśmy się tylko w szkole. Równo z końcem gimnazjum skończyła się także nasza znajomość, od tamtego czasu napisałam do niej dwa razy i zawsze odpowiadała jednym słowem, nie wykazując większej chęci kontaktu.
Wreszcie liceum. Tutaj nie znałam nikogo i trafiłam na naprawdę w porządku klasę, od nikogo nie usłyszałam złego słowa na swój temat. Jednak na początku, gdy wszyscy się poznawali, ja stałam z boku, mając jakiś wewnętrzny opór. Skończyło się na tym, że znalazłam dziewczynę, z którą dobrze się dogaduję, wydaje mi się, że jesteśmy ze sobą blisko, ale mieszka daleko i również nie widujemy się poza szkołą. Jest też parę osób w klasie, z którymi lubię pogadać, ale bez głębszej relacji. Do tej pory mi to odpowiadało, jednak pod koniec zeszłego roku dowiedziałam się, że jedna osoba z klasy zorganizowała imprezę, na którą zostali zaproszeni wszyscy ci moi "znajomi" oprócz mnie, i to był chyba impuls dla mnie. Zapragnęłam jakoś wbić się w grupę, zacząć wychodzić z domu, ale po prostu nie umiem. Zazdroszczę ludziom, którzy mają multum znajomych, ciągle z kimś sms-ują, całe dnie spędzają poza domem... Ja siedzę przed komputerem i mam już ego dość, a z drugiej strony nie umiem nic z tym zrobić.
Niedługo kończę szkołę i planuję wyjechać na studia do innego miasta, no i oczywiście planuję, że tam kogoś poznam, ale boję się, że uaktywni się ta moja "bariera"...