W sierpniu zmarła nagle moja mama, zresztą m.in. na raka pęcherzyka żółciowego. Kompletnie nie umiałam sobie z tym poradzić, w ogóle nie płakałam, przez co miałam straszne wyrzuty sumienia, a pierwsze pół roku przeimprezowałam nie pozostawiając miejsca na żałobę. Niestety gdzieś w styczniu uświadomiłam sobie, że muszę przystopować i wtedy tak naprawdę zaczęły się moje problemy.
Już teraz nie pamiętam dokładnie, co pojawiło się jako pierwsze, ale nigdy wcześniej nie miałam problemów żołądkowych, nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek miała nawet głupią grypę żołądkową, zawsze mi się wydawało, że mój układ pokarmowy jest ze stali. Nagle pojawiły się częste biegunki, przyspieszone bicie serca, pocenie się dłoni, uczucie gorąca na twarzy bez faktycznej gorączki i ten niesamowity niepokój i przeczucie, że zaraz coś się stanie. Wszystko pojawiało się tak naprawdę w momentach, kiedy miałam wychodzić ze znajomymi na miasto, do dzisiaj mam lęk przed jazdą autobusem, bo w autobusach zawsze następowały ataki paniki (szybki oddech, bicie serca, uczucie gorąca, potworny niepokój, uczucie jakbym słyszała wszystko i obserwowała przez szklankę, jakby chwilę przed omdleniem, ale bez mdlenia), chociaż nigdy wcześniej nie miałam z niczym takim problemu. Zaczęłam chodzić do psychologa z powodu nieprzepracowanej żałoby i wspólnie z terapeutką zdiagnozowałam u siebie depresję maskowaną z objawami psychosomatycznymi/nerwicę lękową. Na terapię chodzę już 2 miesiące, nie biorę żadnych leków, bo nie byłam u psychiatry jeszcze, a jeśli chodzi o moje lęki i objawy nic się nie poprawiło. Tłumaczenie, że tak naprawdę to wszystko dzieje się w mojej głowie niezbyt pomaga. Najbardziej uciążliwe są biegunki. Teraz już kontrolnie przed każdym wyjściem, nawet do sklepu, biorę 2 tabletki stoperanu. Zauważyłam też, że dużo częściej ataki biegunki następują jak mam w planach spotkanie się z kimś (i nie ma tu różnicy czy chodzi o grupę znajomych czy przyjaciółkę, która doskonale wie o moich problemach). Jeśli chodzi o dietę to nie ukrywam, że od zawsze odżywiałam się tragicznie (nie dość, że to co jem to śmieci, to bardzo często jem tylko jeden posiłek dziennie), w dodatku od 5 lat palę papierosy (mniej więcej pół paczki dziennie), ale nigdy wcześniej nic mi nie było. Moja mama co prawda zawsze mi powtarzała, że w końcu się doigram z takim trybem życia, ale szczerze mówiąc, myślę, że w tym momencie akurat to wina nerwicy. Robiłam zupełnie przypadkiem kontrolne badania krwii i ekg i wszystko w normie, bałam się, że może będę miała jakąś anemię albo początki cukrzycy (mój tata w wieku 40 lat miał zdiagnozowaną cukrzycę i to nietypowo, bo pierwszego typu) albo problem z tarczycą, ale lekarka powiedziała, że jest okej. Dodam, że w tym roku kończę 23 lata i gdyby nie problemy z żołądkiem i cała ta reszta objawów, które doprowadziły mnie do podejrzewania u siebie właśnie depresji maskowanej bądź nerwicy lękowej to raczej nie wybrałabym się do psychologa, bo nie czułam się specjalnie źle psychicznie. Boję się iść do jakiegokolwiek lekarza, ale czuję, że powinnam ze względu na moje obciążenie genetyczne na tle układu pokarmowego i dlatego, że po prostu uprzykrza mi to życie. Byłam zawsze bardzo towarzyską osobą, a teraz boję się wyjść z domu i spotkać się ze znajomymi, bo nigdy nie wiem, czy nie dostanę ataku biegunki. Jeżeli chodzi o IBS to czytałam bardzo dużo artykułów i mam większość objawów, tj. nagłe bóle brzucha, ulga po wypróżnieniu, aczkolwiek zawsze odczuwam niepełne załatwienie sprawy, na przemian albo biegunki (dużo częściej) albo zatwardzenia, generalnie potrafię nie mieć żadnych problemów cały dzień jak siedzę w domu, ale jak tylko mam gdzieś wyjść to się zaczyna... Może ktoś ma podobne objawy albo jest mi w stanie ktoś pomóc choćby napisaniem do jakiego lekarza powinnam iść i co to może być?