Witam, mam małe wątpliwości, postaram się krótko opisać sytuację.
Mam 19 lat, zanim pojawiły się 'problemy' przez ponad 2 lata miesiączkowałam regularnie. Po dość długim okresie, w którym całkowicie ustała mi miesiączka, udałam się do ginekologa. Okazało się, że to wynik niedoboru hormonów (jedynie prolaktyna w normie). Jajniki zdrowe. Lekarz wprowadził HTZ, estrogen w plastrach i luteina.

Miałam już jedną sztucznie wywołaną miesiączkę, po 10 dniach stosowania luteiny wystąpiła dzień po. Zgodnie z planem powinnam wziąć luteinę dzisiaj, jednak wczoraj wieczorem zauważyłam brązowe plamienie. Dokładnie identyczne z takim, jakie zawsze obserwowałam przed miesiączką (tą niewywoływaną sztucznie też). Brązowe, z grudkami-takimi jakby właśnie złuszczała się błona macicy, bez przykrego zapachu. Wiem, że skutkiem ubocznym przyjmowania estrogenów w plastrach są upławy, ale dużo wcześniej identyczną dawkę stosowałam i takich nie było. Jestem pewna na 99%, że to nie są upławy. Wszystko wskazuje na to, że zaczęła się już faza lutealna. Mam teraz wątpliwości, czy brać dziś luteinę, bo nie chcę sobie rozwalić cyklu.

Normalnie poleciałabym prosto do swojego ginekologa żeby stwierdzić, jednak plamienia pojawiły się w piątek wieczorem. Najszybciej skontaktuję się z nim w poniedziałek.
Niby 2 dni mnie teoretycznie nie zbawi, gdybym na wszelki wypadek jednak luteiny nie wzięła, a jeśli wezmę, mogłabym sobie troszkę 'narozrabiać'. Mam wątpliwości, bo z kolei doczytałam się, że brązowe plamienia to wynik niedoboru luteiny (no ale u mnie występowały one zawsze, odkąd pojawiła się pierwsza miesiączka, na 2-3 dni przed). No i teraz pytanie, czy wszystko ok, czy to jest właśnie pora, na 'nadrobienie' tego niedoboru? Brać, czy czekać do poniedziałku?

Jakiś specjalista na sali?
Może ktoś miał już podobną sytuację? Proszę o rady, nie wiem czy dobrze rozumuję...