Zdarza mi się, że w polu widzenia zaczynają mi "znikać" fragmenty obrazu. Nie są zastępowane czernią, tylko powielanym obrazem sąsiednim, tak jak to się dzieje w przypadku plamki ślepej. Z tym, że takich miejsc zastąpionych jest bardzo dużo, są rozsiane po całym obrazie jaki ogarnia oko. W efekcie trudno mi cokolwiek odczytać, bo widzę tylko połowę wyrazów. Druga ich połowa jest przysłonięta, jakby z tym miejscu była już czysta kartka. Ale jak przesunę oko to już widzę tą końcówkę wyrazu, a znowu pierwszej jego części nie widzę.
Cały obraz jest jakby płynny. To bardzo dziwne uczucie. Tak jakbym patrzyła na coś i widziała to tylko połowicznie. Musze ruszać okiem, by dostrzegać zarejestrować wszystko, bo gdy mam oko utkwione w jednym punkcie, to mam wrażenie nierealności. Jakby mi ktoś poukrywał, poprzesuwał obraz jakimś programem graficznym, jak puzzle.
Po kilkunastu minutach to mija, ale niepokoję się, bo to chyba może oznaczać chwilową dysfunkcję komórek światłoczułych. Czy tak właśnie może być?