potrzebuję pomocy...;(
nie potrafię przestać się obżerać. ale nie jest to typowe wrzucanie w siebie wszystkiego. raczej nie przekraczam tych 2000 kcal dziennie, choć nie przywiązuję do tego wagi. słodyczy nie jadam wogóle, bo miałam coś z stylu ortoreksji, z której powiedzmy w jakimś stopniu wyszłam, ale mam napady obżerania się w miarę "zdrową" żywnością. potrafię na raz zjeść b. dużo niskokalorycznego, "objętościowego" jedzenia - np. dzisiaj na raz(!) zjadłam całą paczkę 14 sztuk wafelków ryżowych, 7 kromek wasy, banana, 2 mandarynki, jabłko i duży jogurt naturalny. a potem poprustu zdycham. jem i zdycham, nic nie mogę zrobić jestem totalnie ociężała. mimo, że jestem szczupła po takim napadzie mam wystający, wzdęty brzuch jakbym była w zaawansowanej ciąży. myślę sobie - skoro już tyle zeżarłam to i tak już nic nie zrobię, za nic się nie wezmę - nie pouczę się, nie posprzętam - nie mam siły - to nie zaszkodzi, jeśli coś jeszcze zjem. i potrawię zjeść po tym wszystkim np. cały woreczek ryżu. nie jest to związane z emocjami - nie jem jak jestem np. smutna czy zestersowana. na brak zajęć też nie narzekam, mam rodzinę, znajomych, wspaniałego chłopaka (którzy oczywiście nie wiedzą o moich problemach - bo jak je niby nazwać?). jem, bo poprostu odczuwam z tego przyjemność - i tu nie ma znaczenia, że jem coś bez smaku jak np. suchy chleb bez dodatków. mój problem nie polega na tym, że jakoś się przejmuję swoim wyglądem, nie boję się, że od tych napadów przytyję. problem polega na tym, że w ten sposób w jakimś sensie rezygnuję z życia. bo po takim czymś nie mam już na nic ochoty, tylko leżeć i dalej się opychać. codziennie wieczorem obiecuję sobie, że jutro będę jeść w normalnych ilościach. zaczynam od zdrowego śniadania. zaczynam coś robić, jest ok... czasem, choć bardzo rzadko wytrwam do obiadu, na normalnych ilościach typu owsianka na śniadanie, 2 kanapki na drugie i np. jakieś jabłko, ale już od obiadu zaczyna się horror... zjadam obiad i jeśli zostanie coś w garnku to nie ma szans, żebym nie wzięła dokładki i to nie jednej... jestem w pełni najedzona, mam wzdęty brzuch, a mimo to dalej jem... nie wiem, co to "nie czuć głodu"... ja nawet jeśli jestem nażarta to odczuwam przyjemność z dalszego jedzeniai chęć dalszego jedzenia. potrawię zjeść np. 4 kotlety i całą wielką miskę (porcję dla całej rodziny) surówki. kiedyś jeszcze jakoś motywowała mnie myśl, że np. muszę przestać, bo będę się kochać z moim chłopakiem i miło by było nie mieć wydętego na maska brzucha i okropnie się nie czuć. żarcie opanowało moje życie. wracam do domu, to np. myślę tylko o tym, co zjem. moje wszystkie pasje, hobby, znajomi zeszli na dalszy plan. żarcie, żarcie, żarcie. mogę się ocjadać, a potem siedzieć sama, bo dosłownie nie potrafię wstać z łóżka po b. wzdymającym, lełnym błonnika jedzeniu. JA CHCĘ NORMALNIE ŻYĆ. dlaczego ja nie mam jakiś normalnych zaburzeń odżywiania? to niesamowite jaka ja jestem dziwaczna... popieprzona...
BŁAGAM niech mi ktos powie co mam robić... mówię sobie, jest tyle wartościowych, fajnych rzeczy które mnie omijają/ominą prez to żarcie... taa, a potem idę się nażreć...
;(;(;(