Witam.
Mam problem z brakiem pewności siebie, strachem przed życiem (mieszkanie samemu z dzieckiem, pójściem do pracy - nigdy nie pracowałam) i strachem przed ojcem.
Zacznę od początku. Mam 24 lata, mam dwuletnie dziecko, mieszkam z ojcem od 2 lat, wcześniej mieszkałam z mamą ale warunki nie były zbyt dobre dla noworodka (kuchnia węglowa, itd..). Jestem na studiach, a raczej właśnie zawaliłam drugi rok (w sumie tak jakby trzeci, bo miałam roczną przerwę gdy urodziłam dziecko - karmiłam piersią ponad pół roku, więc nie było mowy o chodzeniu na uczelnię). Boję się o tym powiedzieć ojcu, nie wiem jak zareaguje, we wszystko się wtrąca.. Nagle się znalazł "dobry tatuś".. Rodzice są po rozwodzie, ojciec zdradzał mamę..
Mój narzeczony, ojciec dziecka, jest za granicą, ma tam stałą pracę. Wspiera mnie jak może.. Plujemy sobie w brodę, że w ogóle zdecydowaliśmy się mieszkać z ojcem, jest coraz gorzej, ale kto mógł przewidzieć, że mojemu staremu tak odbije..? Ostatnio usłyszałam od ojca, że jestem poje*ana.. "Kochany tatuś".... Ze mnie zrobił sobie służącą. Muszę sprzątać, prać, gotować, zajmować się dzieckiem i studiować. Nic by nie było w tym złego, gdyby nie fakt, że ojciec nawet nie pozamiata w swoim pokoju.. No bo przecież ma służącą od tego... Już wolę to wszystko dla narzeczonego robić.. O pracy mogę zapomnieć. Ojciec wypomina mi też, że jak na razie to on mnie utrzymuje (co jest gó*no prawdą, bo narzeczony wysyła ile trzeba pieniędzy co miesiąc, jakiś czas temu także zamówił świnię, żeby było co jeść). Z mojego dziecka ojciec zaczął sobie też robić służącą, przynieś, wynieś... Jak zaczął ją uczyć, żeby mu ciapy podawała, to coś we mnie pękło... 2-letnie dziecko NIE JEST od podawania ciapów!! i za to usłyszałam, że jestem poje*ana bo "to przecież tylko zabawa"..
Gdyby nie to, że on się tak wtrąca, to już dawno byłabym po ślubie i być może byłabym teraz w Austrii z dzieckiem i z moim... Ale ojciec tak się wtrącał, że w końcu mój narzeczony nie wytrzymał... I na razie, dopóki nie stanę na nogi i nie wyprowadzę się od ojca, to nie weźmiemy ślubu (w sumie to dobrze, bo na razie nie chcę sama.. strach, że nie dam sobie rady, jako żona? albo, że też zostanę zdradzona? nie wiem..).
Teraz inna sprawa, boję się życia.. Nie pracowałam wcale (tak byłam "nauczona" a raczej trzymana na smyczy, że teraz jestem bezwartościowym pracownikiem, bo nie mam stażu pracy - tak o sobie myślę..). Boję się iść do pracy, boję się, że sobie nie poradzę.. Boję się zakładać własną firmę, bo jak mi się nie uda? Zostanę z długami.. A co wtedy z dzieckiem? Mam 24 lata i jestem zjechana psychicznie... Najlepsze jest jednak to, że mam już "plan" na swoje życie na 3 lata do przodu. Tatuś mi zaplanował magisterkę Ogrodnika. Jak zapytałam, czy myśli, że po tym będę miała pracę to powiedział, uwaga: nie wiem.
Mam tytuł technika architektury krajobrazu. Mam nadzieję, że mi się to przyda kiedyś.. A studiować mogę, owszem, ale na zaocznych.. Poza tym, siostrze "dobry tatuś" opłacił studia zaoczne.. A ja gorsza córka?
Być może na dniach pójdę do psychiatry, chociaż porozmawiać (może uda się bez leków na razie).. Nic nie jem, chociaż zdaję sobie sprawę, że powinnam, dla dobra swojego i dziecka.. ważę teraz 38 kg.. Jak pomyślę o tym, co będzie jak się ojciec dowie, że nie zaliczyłam roku to mi się odechciewa życia.. Czy rozmowa z kimś bezstronnym może mi pomóc?? Czy to strata czasu?
Plus jest taki, że szukam mieszkania w mieście narzeczonego (100 km stąd), tylko, że te co znalazłam będą wolne od listopada dopiero.. jeszcze miesiąc męki, o ile mnie stary nie wywali z domu... Teoretycznie mam gdzie mieszkać (babcia i ciocia zapewne pozwolą mi zatrzymać się u nich, lub pójdę do mamy - mam tam meldunek i mam prawo tam mieszkać).
Czy ktoś był w podobnej sytuacji? Ktoś może coś poradzić? Może jest coś, czego nie widzę lub czego nie chcę widzieć? Proszę o pomoc..