Jestem ciekaw co mi tak na prawdę jest. Wiecznie czuję przygnębienie, mam fatalne samopoczucie, nieraz to muszę się zmuszać do prostych rzeczy, bo tak najchętniej to leżałbym i spałbym, żeby nie cierpieć psychicznie.

Nic mi nie sprawia przyjemności, często robię coś tylko po to, aby wyłączyć myśli. Nie mam myśli samobójczych, ale moja psychika często płata mi figle i narzuca mi wyobrażenie sytuacji, że coś mi się dzieje strasznego, ale nie boję się tych myśli, czuję tylko obojętność. Obojętność do wszystkiego, a jedyne czego chcę, to obecności mojej kobiety przy mnie, a ona sama nieraz nie ma siły by mnie wesprzeć, męczy ją nawet samo patrzenie na to, co mi się dzieje.

Gdy chodzę do pracy, czuję napady złości, jednak nie daję im wyjść na zewnątrz, ale chwilę po tym mam mocne uczucie przygnębienia i wiecznie czuję, jakbym miał na głowie spory ciężar, którego nie mogę po prostu zrzucić.

Wiele ludzi pyta się, czemu chodzę ponury i z nikim nie rozmawiam, ale ja nie wiem co odpowiedzieć, ja nie mam siły żeby nawet opisać to co robię, często tracę możliwość skupienia się na czymkolwiek, często zapominam proste czynności, a ostatnio zaczęła wyłączać mi się orientacja przestrzenna, po prostu nie czuję kierunku, w którym idę gdy mnie napada te uczucie ucisku i przygnębienia.

Już 14 lat temu (miałem wtedy około 9 lat) zacząłem się odgradzać od ludzi, zacząłem być agresywny wobec nich, każde bliższe znajomości dziewczyn ze mną kończyły się tym, że je raniłem psychicznie, sprawiało mi to satysfakcję, bo winiłem wszystkich dookoła, za to co mi się dzieje, ale jak już nie miałem nikogo, kogo mógłbym już do siebie zrazić, zamknąłem się w sobie, zacząłem czuć nienawiść do siebie za to co robiłem tym, co chcieli dobrze, jednak podświadomie cieszyła mnie każda zraniona przeze mnie osoba.

W czasach, gdy chodziłem do technikum, sam nauczyłem się kontroli nad sobą, ale stałem się samotnikiem. Miałem kiedyś wiele zainteresowań, jednak teraz nie mam motywacji do czegokolwiek. Jeśli miałbym krótko siebie opisać, napisałbym: emocjonalny wrak, który nie posiada w sobie życia.

Nie ciągnie mnie do śmierci, bo mam zbyt wielką wolę do życia. I najważniejsze, mam jeden bardzo solidny powód: moją kobietę.

Ale się męczę ze sobą, potrzebuję pomocy, porady, ale nie chcę zostawić przez to mojej kobiety, ona sama nie poradzi sobie, ja nią muszę się opiekować, bo ona sama ma problemy z psychiką i nie jest w stanie żyć samodzielnie, bo jej nikt nie da pracy, gdy ma tak poważną anemię.