Dzień dobry.
Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że bez względu na to, co tutaj napiszę nie jestem złym człowiekiem i nigdy nikomu nie życzyłam źle. Nie czuję się nim chociaż moi rodzice często mnie takim nazywają.
Zacznijmy od początku:
Kiedy byłam małym dzieckiem zachorowałam na paskudną chorobę. Przeżyłam ją dwa razy i od tego czasu rodzice zwariowali na moim punkcie. Mogłam robić bez nich bardzo niewiele. Właściwie nic. Często chorowałam. Co prawda, chodziłam do przedszkola, ale tam też zawsze odstawiali cyrki. Inne dzieci jechały na basen- ja nie, bo jestem zbyt krucha i mogłabym zachorować. Na wycieczkę- też strach puścić. Na to, na tamto, na wyjście. Niekiedy miałam wrażenie, że wszystkim wokół każą traktować mnie jak inwalidę. We wszystkim mnie wyręczali. Sprzątali za mnie. Pomagali nawet w najbardziej błahych czynnościach.
"Tu nie wolno ci stanąć, bo przeciąg. Ona nie może kłaść się na podłodze, bo podłoga zimna. Ona musi chodzić w chustce na głowie, bo przewieje jej uszy" Czasem zostawałam w przedszkolu sama z panią. Bywało, że działo się tak na moją własną prośbę, bo nawet takiemu małemu dziecku jak ja dźwięczało w uszach " ty nie możesz, bo miałaś porażenie". Słuchałam ich wtedy i wyprzedzałam ich myślenie. W przedszkolu byłam dzieckiem chwalonym i towarzyskim. Chociaż według mamy i taty od małego uchodziłam za nieznośną, płaczliwą i męczącą. Już wtedy panie wysyłały mnie na konkursy i namawiały moich rodziców, żeby posłali mnie wcześniej do szkoły. I ta propozycja spotkała się z odrzuceniem- stwierdzili, że sobie nie poradzę.
Kiedy przyszła pora na szkołę podstawową przepowiednie pań z przedszkola się sprawdziły. Zaczęłam swoją karierę szkolną z przytupem, jako najlepsza uczennica w klasie. Nadal dużo chorowałam, ale bez problemu nadrabiałam cały materiał z wymiernym efektem. Kochałam chodzić do szkoły. Tam zawsze mnie chwalono. W domu często czułam w tym aspekcie niedosyt. Nie pamiętam zbyt dużo znaczących zdarzeń z moimi rodzicami z tego okresu, być może było ich więcej, ale pewnie nie ze wszystkiego zdawałam sobie sprawę i nie wszystko brałam tak poważnie do serca. Za to jedno wspomnienie bardzo mocno utkwiło mi w głowie.
Miałam jeden z badziewnych dzienników dla dziewczynek, w których zapisuje się swoje myśli i wypełnia różne strony i informacje o sobie. Zastanawiałam się nad podpunktem " jaka jesteś". Zapytałam o to mamę. Odpowiedziała mi, że mam odpisać: " niegrzeczna, kłótliwa i uparta" Małe dziecko, chociaż jest małe, na pewno też ma uczucia. Wydaje mi się, że już wtedy coś mnie od nich odpychało.
Potem nastały czasy klas 4-6. I tutaj brylowałam w nauce i licznych osiągnięciach. Miałam już trochę więcej swobody, bo wypuszczali mnie samą na osiedle z kolegami, ale nie mogłam ruszać się nigdzie dalej niż w obrębie bloku i najbliższej okolicy. W sumie, wtedy nie bardzo mi to przeszkadzało. Wiem jednak, że zapisałam w tym okresie masę stron z pamiętnika, w których wylewałam łzy przez ich zachowanie.
No i w końcu przyszło gimnazjum. Tutaj zaczęły się największe problemy w naszych relacjach. Moi rodzice zawsze wszystko załatwiają krzykiem.
Pamiętam, że kiedy w pierwszej klasie nie umiałam do końca utrzymać porządku w pokoju- no cóż, taką mam naturę, zupełnie odwrotną niż oni- wywalali mi niepoukładane ciuchy na środek. Mama czasem robiła zdjęcia i groziła, że pokaże to komuś albo mojej wychowawczyni, która nawiasem mówiąc była jedną z moich powiernic smutków. Kiedy płakałam i wchodziła we mnie fala buntu, mówiła, ze zadzwoni po pogotowie albo właśnie do mojej pani.
Dla moich rodziców naczelną wartością życia jest porządek i wypolerowany do cna dom. Wolą przemęczyć się i przewrócić, ale dom musi błyszczeć. Jest to dla nich ważniejsze od prawdziwej rozmowy z drugim człowiekiem i okazania mu wsparcia słowem i dobrą radą. Jeśli nie umiesz dobrze posprzątać, jesteś dzieckiem złym i niewychowanym. A tak naprawdę, kiedy miałam się nauczyć idealnego sprzątania? Wtedy, gdy wszystko robili za mnie?
W moim domu czuć ciągły smutek, przygnębienie. Rodzice, kiedy nie sprzątają, to leżą i warczą na siebie albo na mnie. Nic im nie odpowiada, wszyscy wokoło są źli i mają same wady. A ten to taki, a ten taki. Brzydki, gruby, niedorobiony. Wiecznie źle się czują i na nic nie mają siły.Kiedy chcę z nimi porozmawiać, zbywają mnie. W szkole nauczycielki zawsze przechwalały mnie na prawo i lewo,że jestem mądra i wartościowa. Moi rodzice tego nie widzą. Widzą we mnie same wady i patrzą tylko na to, co złego mogą w danej chwili mi wytknąć. Mam " nie gadać głupot i iść sprzątać" Zawsze moje zdanie jest głupotą i pierdołą. Bardzo często, kiedy się z nimi nie zgadzam, uznają to co mowię za bezwartościowe. Takie słowa jeszcze mocniej odbierają mi chęci, żeby im w czymkolwiek pomóc. Przez to robię wszystko na przekór. Nie mam ochoty być szlachetna dla kogoś, kto sądzi o mnie to, co sądzi. Myślą, że krzyk jest wychowawczy, że przywoła mnie do porządku. Tak nie jest nigdy. Często mnie krytykują. Jak kazdego z osobna. I używają przy tym nieeleganckich epitetów, bo to ma niby pomóc w zrozumieniu przeze mnie tego, że chcą mnie czegoś nauczyć na dalsze życie. " Musisz wyjść na ludzi, bo jak na razie nic nie umiesz"
Mój tata ciągle porównuje mnie do swojej siostry, której nie lubi i od paru lat nie ma z nią kontaktu. Mówi, ze skończę tak samo i zostanę sama. " Jak ta głupia..."
Mają do mnie wieczne pretensje. " Bo ja wszystko ci poświęciłam, a ty masz mnie gdzieś. Dostajesz najdroższe ciuchy, najdroższe rzeczy, wszystko masz."
Ale nie mam emocjonalnego wsparcia. Emocjonalnej więzi. Według mnie w tej sferze wszystko jest wypaczone.
Nawet kiedy na nich patrzę, czuję coś, czego do innych ludzi zupelnie nie czuję. Denerwuje mnie w nich dosłownie wszystko.
Mama często mnie kontroluje. Kiedy przychodzą do mnie kolezanki, wchodzi bez pukania i nagminnie czegoś chce. Nawet, gdy jestem sama wchodzi i krytykuje to, co robię i jak wygląda mój pokój. Bywa, że nie pasuje jej w co danego dnia jestem ubrana. Do drugiej gimnazjum nie mogłam dojeżdżać tramwajem do szkoły, a własnych kluczy nie miałam praktycznie aż do teraz.
W tym roku skończyłam gimnazjum z bardzo wysoką średnią. Jestem olimpijką z języka polskiego. Moja nauczycielka nieraz przemawiała do moich rodziców na mój temat. Mówiła, że jestem uzdolniona i mądra i stać mnie na wielkie rzeczy. Ale co z tego, zachowują się jakby mieli to gdzieś. Inni rodzice cieszą się nawet ze świadectwa z paskiem na marne 4,75, a oni nie potrafią docenić nawet tego, że mam przed sobą otwarte wszystkie licea. Jestem samotnicą. Rzadko kiedy wychodzę gdziekolwiek i z kimkolwiek. A kiedy już się z kimś umówię, zawsze mają jakieś ' ale". A to burza będzie, a to zawiewa, a to za gorąco i w ogóle " po kiego tam pójdziesz"
Przepraszam za tak długi post, ale potrzebuję porady i świeżego spojrzenia na moje relacje z rodzicami. Już od dawna chciałam o tym porozmawiać z jakimś psychologiem, ale coś mnie powstrzymuje, żeby opowiadać o tym na żywo. Będę bardzo wdzięczna, jesli ktoś da mi rozsądną rade. I muszę jeszcze zaznaczyć, że pochodze z naprawdę dobrego domu. Moi rodzice to porządni ludzie z dobrą posadą. Tylko tutaj, miedzy nami, coś po prostu nie gra.