Witam,
Moim problemem jest samotność oraz brak przyjaciół. Problem z relacjami już w szkole podstawowej stanowiło coś co niedawno sobie
uświadomiłem z perspektywy czasu. W 3,4,5 klasie jeszcze panował dość wyraźny podział, spędzało się czas niemal wyłącznie z osobami tej samej płci. Jeśli chodzi o chłopaków z mojej
klasy to były dwie grupy ludzi: Jedna z nich była spokojna, z 7 osób powiedzmy,
interesowali się grami komputerowymi, cośtam rysowali, gadali. Nie dochodziło między nimi do
kłótni, bójek. Druga grupa interesowała się sportem. Codziennie przed i po lekcjach grali w
piłkę nożną na boisku, chodzili na sks-y, turnieje. Niestety to towarzystwo było masakrycznie kłótliwe, wewnętrznie
podzielone. A ja mentalnie byłem związany z pierwszą grupą, ale zainteresowaniami przystawałem do drugiej. No i miałem problem,
z kolegami nieraz nie potrafiłem się dogadać, czasem oni odwracali się ode mnie. Jakbym tam nie pasował.

Oczywiście kolejna szkoła=nowa szansa,
przynajmniej teoretycznie. Niestety zrobiłem chyba fatalne wrażenie na otoczeniu. Miałem dość wszystkiego co pamiętałem z
podstawówki: kłótni, afer, wrogów. Przede wszystkim byłem nieśmiały i miałem niskie poczucie własnej wartości. Siedziałem raczej z boku, nie gadałem za wiele. Bałem się odrzucenia. W klasie czuję się kiepsko, bo przyjaciół nie mam tam żadnych, co najwyżej paru znajomych. Zauważyłem że kompletnie nie obowiązują tu zasady które są ogólnie znane, typu "chcesz być lubiany? Pomagaj innym, bądź otwartym, miłym, życzliwym". W gimnazjum jest dokładnie odwrotnie, głównie mówiąc o dziewczynach. Największe "gwiazdy"
absolutnie nie są życzliwe, miłe może w swoim towarzystwie wzajemnej adoracji. Na osoby nie
spełniające ich nieznanych nikomu kryteriów patrzą spode łba i oobgadują na każdym kroku. Plotkarstwo to istna plaga. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich dzieeczyn, ale jest to dość powszechne szczególnie u tych najpopularniejszych. Jeśli chodzi o "męską" część klasy to większość zna się już doskonale,
gra w CSa i toczy o tym dyskusje na przerwach. Są też idioci którym niebywałą radość sprawia wyzywanie i wkurzanie innych. Co ciekawe jest jeden gość który stoi na uboczu, z nikim w klasie się nie koleguje, z niewiadomych przyczyn szczególnie nie przepada za mną, woli nawet towarzystwo idiotów którzy rzucają jego rzeczami i śmieją się mu otwarcie w twarz. Tego nie mogę zrozumieć.

Parę osób otwarcie mnie nie cierpi. Bo tak. Większość umiarkowanie mnie akceptuje. Ale zawsze jak trzeba zrobić jakiś projekt, siedzieć w ławce, dobrać się w grupy to ja jestem tym ostatnim. Niemal zawsze. Nie rozumiem dlaczego wzbudzam tak negatywne emocje, nie lubią mnie ludzie którym nic nie zrobiłem.

Dookoła osoby mają mnóstwo znajomych, telefon cały czas w ręce ciągle ktoś do nich pisze. Łażą grupkami po mieście, są bardzo szczęśliwi. Są wakacje a ja siedzę głównie w domu i mam wszystkiego dość. Chciałbym mieć z kim pogadać, spotkać się, żyć jakoś. Osobom lubianym i powszechnie akceptowanym ja masakrycznie zazdroszczę.
Czasem spotkam się ze znajomymi jeszcze z podstawówki, którzy jako jedni z nielicznych nie
olali mnie na koniec. Choć wszelkie spotkania zawsze są z mojej inicjatywy (ciekawe dlaczego), zresztą coraz bardziej widać że są coraz większe różnice między nami.

Poza szkołą znajomych niemalże nie mam, może z 3 osoby z którymi jestem na "cześć" z okolicy.

Co mogę zrobić żeby zmienić swoją sytuację?