Witam,
mój problem polega na tym, że ciągle myślę o jutrze. Ciągle myślę o przyszłości, co i jak zrobię co będzie dalej. Czuję okropną pustkę i ciągłe "zawieszenie" lub też strach. Próbuje na siłę rozmawiać i nawiązywać kontakty z ludźmi. Jakbym żył na pustyni gdzie liczy się samo "ja". Bardzo stresuję się rozmowami z jakimikolwiek ludźmi i całym światem, pocę się nieraz w kontaktach z ludźmi. Mój mózg nie pracuje. Zapominam różnych rzeczy, wszystko jest jakby na siłę. Myślałem że przyczyną tego jest szkoła i stres z nią związany, ale gdy wyjechałem w góry w tym roku, poczułem jakbym był w innym świecie. Nagle zacząłem "świeżo myśleć" - zacząłem bez prawie jakiegokolwiek stresu czy strachu czy druga osoba mnie posłucha rozmawiać z nią, interesować się drugim człowiekiem. Czułem że jestem szczęśliwy. Gdy wróciłem do domu stres i ogólny strach, niechęć do życia powróciła. Znów pomyślałem że przyczyną tego wszystkiego jest szkoła i presja sprawdzianów. Lecz gdy wyjechałem drugi raz w góry tym razem z klasą i nauczycielami, czyli tymi samymi ludźmi których się najbardziej bałem, nie umiałem rozmawiać, nie chciałem rozmawiać - znów poczułem tą "niezależność" i powrotną chęć do rozmowy, do życia, interesowanie się drugim człowiekiem. Zacząłem być bardzo otwartym człowiekiem. Jakby nagle to wszystko miało sens. Nagle ludzie z którymi wyjechałem zaczęli mnie lubić, zwracać na mnie jakąkolwiek uwagę, bo zacząłem żyć. W górach zdałem sobie sprawę że przyczyną tego wszystkiego może być zupełny brak poczucia bezpieczeństwa w domu. Może chodzi o to że góry dają mi poczucie tego że jestem bezpieczny ? Że nie przejmuję się szkołą, wszystko biorę na dystans - kontakty z ludźmi, szkołę, to że przezywamy się nawzajem dla zabawy (co stresowało mnie w szkole i koniecznie chciałem przekonać drugą osobę że wcale nie jest głupi). Wczoraj z każdą chwilą zbliżania się do domu narastał ten stres i strach. W autokarze stopniowo przestawałem rozmawiać z ludźmi. Znów zacząłem z każdym kilometrem tracić to wszystko, przestawałem brać to na dystans. Znów zacząłem się bać. Po powrocie do domu nie chciałem rozmawiać nawet z rodzicami bratem, znów pojawił się stres. Jestem zdenerwowany nic mi się nie chce, nawet pisząc to teraz mam niechęć i piszę to z przyćmionym umysłem. Czuję się jakbym miał ciągle coś zrobić, jakiś taki wewnętrzny przymus, jakbym był na wojnie i obawiał się że za chwile dostane. Z takim uczuciem nie mogę nic robić. Jak już pisałem mój mózg działa na najniższych obrotach. Nie chcę rozmawiać z rodzicami, nawet zauważyli że coś mi jest gdy przyjechałem. Gdy byłem w górach z chęcią korespondowałem z rodzicami przez telefon, byłem otwarty, pisałem o różnych rzeczach. Po powrocie znów zamknąłem się w sobie, nie mam ochoty żyć. I prawie tak samo było z pierwszym wyjazdem w góry. Czuję się niebezpiecznie po powrocie, nie mogę nic zrobić, czuję strach. Nie wiem co robić. Boję się ludzi. Mam nawet lekki strach nawet przed rozmową z rodzicami. Z czasem przyzwyczajam się do tego uczucia i je bagatelizuje, dlatego później go nawet nie zauważam, lecz gdy sobie przypominam góry od razu myślę trzeźwo, lecz to wspomnienie znów "ciemnieje" i coraz trudniej mi powrócić do tego stanu.