W nocy z soboty na niedzielę najprawdopodobniej poroniłam. Niestety nie wiem, w którym dokładnie byłam tygodniu. Coś pomiędzy 4-6. Wystąpiły silne bóle brzucha i krwawienie ze skrzepami (jeden był naprawdę wielgachny). Bóle kilka godzin później ustały, a krwawienie z dnia na dzień słabło - tak jak przy miesiączce. Wczoraj obudził mnie bardzo silny ból w podbrzuszu, wyleciało coś ze mnie naprawdę wielkiego, podejrzewam, że to tkanka i krawienie było silnejsze - znowu jak w dzień poronienia. I dzisiejszej nocy znowu krwawienie się uspokoiło, ale bóle mam nadal. Mimo że od niedzieli do wczoraj absolutnie nic mnie nie bolało. Byłam u lekarza, miałam robione usg dopochwowe - pani doktor stwierdziła, że żadnej ciąży nie widzi, poronienia też nie umiała stwierdzić, pomijając fakt, że jej badanie trwało minutę i zrobiła to z wielką łaską. Dostałam skierowanie na piątek, na kartce napisała mi swoją "diagnozę", z której nie idzie się nic doczytać, a ja w piątek muszę być koniecznie w pracy. Martwi mnie czy taki nawracający ból jest normalny? Chcę iść do lekarza w poniedziałek, ale boję się, że znowu trafię na jakąś wredną babę, która mi powie, że nie może stwierdzić poronienia albo mnie gdzieś odeśle. Wiem, że macica musi się teraz oczyścić i może to potrwać nawet 2 tygodnie, ale skoro już doszło do poronienia, to czy nadal występujący ból jest normalny?